Szybko ruszyliśmy dalej, bo na motorze było minimalnie chłodniej i ruszyliśmy w stronę słynnej trasy HoChiMinha (QL14).
Po drodze spotkała nas przykra niespodzianka, bo w jakiejś malukiej miejscowości nasz motor złapał gumę... Na szczęscie pojawił się przemiły pan, który od razu postanowił nam bezinteresowanie pomóc i chyba godzinę jeździł po okolicy szukając czynnego mechanika ;) cały czas był ze swoją mówiącą po angielsku córką na łączach i było to bardzo miłe, że poświecił nam tyle czasu i oddalił sie dopiero jak zobaczył, że nasz motor faktycznie jest naprawiony. Taki właśnie jest Wietnam poza turystycznymi miejscami :)))
W końcu wjechaliśmy na szlak Ho Chi Minha i muszę przyznać, że zrobił on na mnie niesamowite wrażenie. Widoki po drodze były olśniewające i było niemal zupełnie pusto! A drogi były dobrej jakości. Jakbyśmy znowu złapali panę, to chyba moglibyśmy skonać z odwodnienia w tym niewiarugodnym upale, bo pewnie dużo czasu musiałoby minać, by ktoś obok nas przejechał.
W końcu dotarliśmy do Prao, małej wioski w srodku niczego z dwoma guesthousami. Wybraliśmy jeden z nich i spedzilsmy wieczór pijąc Tigery i jedzą to, co udało nam sie na migi zamówić.
Wejscie do My Son - 150 x 2
Herbata przy My Son - 30
Woda - 3 x 15
Paliwo - 70
Naprawa opony - 80
Nocleg w Prao (Dung Thuy Hotel & Restaurant) - 300
3 piwa - 55
Dwa obiady, piwo, jogurt, ice tea - 170
Smoczy owoc i duża woda na targu - 28
4 piwa - 70
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz