Strony

niedziela, 5 lutego 2023

Dzień 13: Thakhek Loop dzień 1/4 z Thakhek do Lak Sao (30 listopada 2022)

Po śniadaniu wypożyczamy, zgodnie z wczorajszymi ustaleniami, motorki i ruszamy w naszą motorową wyprawę. Jesteśmy pełni obaw o stan dróg i ruch tranzytowy na drogach, bo pętla ma złą sławę, jeśli o to chodzi, ale przy wyjeździe z miasta jesteśmy miło zaskoczeni - ruch nie jest jakiś wielki, drogi są wyremontowane i pokryte asfaltem, a do tego od początku zostajemy totalnie zauroczeni wspaniałymi widokami wapiennych skał wyrastających z pól ryżowych.

Pętla Thakhek to taki plac zabaw dla dorosłych, bo po drodze jest mnóstwo atrakcji typu jaskinie, wodospady, wycieczki łódkami po zbiornikach wodnych i chcąc zobaczyć je wszystkie, możecie potrzebować co najmniej tygodnia ;) Wybieramy więc tylko kilka, w które zamierzamy odwiedzić. Pierwszym punktem na naszej drodze, w którym się zatrzymujemy jest piękna jaskinia, wypełniona kolorowymi światełkami Tham Nang Aen Cave.

Dość szybko i sprawnie przejeżdżamy pierwsze 100 km i docieramy do Thalang, czyli miejscowości, w której większość motocyklistów zostaje na pierwszą noc. Ponieważ jednak nie ma tu za bardzo co robić, a jest jeszcze wcześnie, decydujemy się jechać dalej do oddalonej jeszcze o 50 km miejscowości Lak Sao, o której pisze się, że to zwyczajne miasteczko i nie warto się w nim zatrzymywać, więc czujemy, że może być to lokalne miejsce, niezbudowane pod białasów, a takie lubimy najbardziej. W Thalang chillujemy sobie trochę nad sztucznym jeziorem i "podziwiamy" katastrofę ekologiczną, jaką zgotowali Laosowi Chińczycy, budując wodne elektrownie i przy okazji zalewając drzewa...

Kiedy wyjeżdżamy z Thalang, krajobraz zmienia się z płaskiego na bardziej górski, a drogi zamieniają się z szerokich w górskie serpentyny. Nadal są jednak dobrej jakości, a ruch na nich jest naprawdę minimalny. Nieoczekiwanie zmienia się też pogoda i dopada nas gigantyczna ulewa, po prostu urwanie chmury. Udaje się nam ją przeczekać na wojskowym checkpoincie na granicy prowincji, a mili wojskowi, kiedy zapraszają nad pod dach, nawet nie zwracają uwagi na to, że w kącie stoją ich niepilnowane karabiny ;) Po około godzinie przejaśnia się i możemy ruszać dalej. Widoki oniemiają i co chwila stajemy na jakimś viewpoincie na foty. Mijamy też małe, laotańskie wioseczki, gdzie wszyscy nam machają i pozdrawiają nas - przypomina to Deltę Mekongu ;)

Po godzinie 16 dojeżdżamy do Laksao, które jest miasteczkiem tranzytowym w drodze do Wietnamu i dlatego znajduje się tu kilka hoteli. Jeśli szukacie lokalnych klimatów, zatrzymajcie się tutaj, a jeśli szukacie backpackerskiego klimatu, wybierzcie Thalang. Znajdujemy sobie hotel w takich klimatach, jakie lubię najbardziej czyli totalnie niepasująca do otoczenia zbudowana z rozmachem nieruchomość, która od momentu zbudowania nie zaznała remontu i nie mam pojęcia, jak takie miejsca funkcjonują ;) Nazywa się Kouki Guest House. Jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu i do dyspozycji mamy dla siebie cały wielki taras na piętrze, gdzie próbujemy zakupionych w sklepie lokalnych bimbrów. Dodatkowo, recepcjonista jest chyba tak zadowolony, że był jakiś utarg, że zaprasza chyba z 10 swoich kolegów, którzy wesoło spędzają czas przy skrzynce piwa i nam również nalewają. Bariera językowa jest duża, ale jakoś się dogadujemy.

Przejechaliśmy dziś 150 km po całkiem fajnych drogach, otoczeni przez cudowne widoki i trafiliśmy na koniec na naprawdę fajne, lokalne miasteczko - dzień można zaliczyć do udanych.

Wydatki:
  • skuter na 4 dni - 140 000 x 4
  • śniadanie - 96 000
  • piwo z hostelu - 120 000
  • paliwo - 100 000
  • bilety do jaskini - 30 000 x 2
  • hotel w Lak Sao Kouki Guest House pokój 2osobowy - 140 000
  • kolacja (2 padkrapao + 2 piwa) - 105 000
  • sklep - 58 000 (lao lao 6000 ;))
  • rotti z targu - 2 x 11 000

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz