Strony

sobota, 7 stycznia 2023

Dzień 3: zwiedzamy Luang Prabang! (20 listopada 2022)

 Około godziny ósmej wstajemy na śniadanie, które serwowane jest na rooftopie. Możemy zamówić dowolne danie z menu, ale decydujemy się na tajski śniadaniowy klasyk czyli "owsiankę" z ryżu ;) W przeciwieństwie do polskiej przygotowywana nie jest na mleku, lecz na wywarze a dodatki są wytrawne - z reguły pływają w niej kawałki mięsa, jaja, szczypiorek, chilli. Wymeldowujemy się i ruszam pieszo na stację kolejową Hua Lamphong. Dystans to kilkaset metrów i po paru minutach jesteśmy na miejscu. Muszę przyznać, że od czasu, kiedy byłam tutaj ostatnio sporo się pozmieniało - na wielkim billbordzie na stacji wyświetla się elektroniczny i czytelny rozkład jazdy a perony są dokładnie poopisywane, więc ciężko się tu zgubić. Kupujemy bilety na III klasę na zwykły pociąg w kierunku północnym - do lotniska Don Mueng. To najprostszy i najtańszy sposób, żeby dostać się na lotnisko. 


 
Lotnisko też wydaje się nam mniej chaotyczne i szalone niż w 2019 roku, kiedy lecieliśmy stąd do Birmy. Na naszym terminalu nie ma zbyt wielkiego ruchu, a ponieważ zrobiliśmy odprawę online, oddajemy jedynie jeden rejestrowany bagaż do luku bagażowego, okazujemy covidowe certyfikaty szczepienia i jesteśmy gotowi do drogi. Lecimy liniami Air Asia, gdzie limit bagażu podręcznego jest dużo większy niż w europejskich low-costach a dodatkowo tak naprawdę nikt mojego zabranego na pokład bagażu nie sprawdza. Dodatkowo możecie odprawić się online w terminie od dwóch tygodni przed lotem i wybrać miejsca koło siebie bez dopłat - same plusy, żadnych minusów. Loty kupowaliśmy około msc wcześniej i zapłaciliśmy 820 zł/2 osoby. Samolot odlatuje punktualnie. Po drodze zachwycamy się krajobrazem, który widzimy w dole, a kiedy zbliżamy się do lądowania naszym oczom ukazują się przepiękne góry - to taki mały sneak peak tego, co czeka nas przez kolejne tygodnie. Lotnisko w Luang Prabang jest naprawdę niezwykle malowniczo położone i bardzo malutkie. Ląduje tu kilka samolotów dziennie.  Po lądowaniu jesteśmy kierowani do kontroli wizowo-paszportowej - osobne kolejki są dla osób z e-visami a osobne, jeśli chcecie kupić wizę on arrival - jest ona troszkę droższa niż ta zdobyta online. My za e-visę daliśmy około 500 zł na dwie osoby czyli po 50 dolarów. Na lotnisku jest też kantor (my wymieniamy tylko 100 dolarów, lepszy kurs znajdziecie w mieście) oraz miejsce, gdzie można kupić kartę SIM. Jest tu też budka, gdzie można kupić bilet do miasta na shared vana, bo lotnisko od centrum dzieli jakieś 12 km. Jaka powinna być cena, to już Wam nie powiem, bo my udawaliśmy twardych do zdobycia i zapłaciliśmy po 40 tys LAK za osobę, a Francuz, który jechał  z nami zapłacił 80 tylko za siebie ;) taxi rozwozi wszystkich pod wskazane hotele.



Nasz guesthouse Chaliya Boutique Garden znajduje się w centrum miasteczka i jest całkiem fajnym budżetowym, ale czystym i schludnym, przyjemnym miejscem z super miłą i pomocną właścicielką. Jest dopiero po 16:00, więc od razu ruszamy na spacer! Luang Parabang to prześlicznie miasteczko, które wybija się nie tylko przepięknym położeniem, ale też niezwykłą jak na Azję architekturą. Z tego powodu zostało wpisane na listę dziedzictwa  UNESCO. Jest tu naprawdę trochę nieazjatycko - ulice są szerokie, czyste, ruch jest normalny, nie słychać wszędzie trąbienia klaksonów, nigdzie nie śmierdzi. Najpierw udajemy się na górujące nad miasteczkiem wzgórze Pousi Hill, gdzie znajduje się świątynia i piękny punkt widokowy.





Po zachodzie słońca ruszamy w poszukiwaniu jedzenia - najpierw trafiamy do restauracji nad samym brzegiem Mekongu, gdzie próbujemy tradycyjnej laotańskiej specjalności - lap lap czyli sałatki z mięsa ( u nas z tofu ;), dużej ilości ziół i limonki a później idziemy na lokalny Nocny Market zlokalizowany po drugiej stronie od Phousi Hill, gdzie można kupić rozmaite rękodzieło a także jedzenie. Od razu zwrócę Wam uwagę, iż jeśli chcecie obkupić się w pamiątki typu magnezy, pocztówki itp to zróbcie to w Luang Prabang - nigdzie dalej już nie znajdziecie rzeczy choćby zbliżonych jakościowo do tych. Na jedzeniowej części targu znajduje się telebim, gdzie puszczają mecze a także gra zespół na żywo. Jest tu mnóstwo lokalnych osób i trochę turystów, ale trzeba przyznać, że daleko Laosowi to "turystyczności" Tajlandii. Ja jem pyszną zupę z wontonami a Bartek średnie sushi a potem raczymy się lokalnym piwem BeerLao, które okazuje się miliard razy lepsze niż azjatyckie wyroby piwopodobne typu Chang, Cambodia czy Lion ;) i w dodatku występuje w różnych odmianach typu IPA, białe, ciemne. Mega miłą niespodzianka, bo okazuje się, że nie czeka mnie trzytygodniowa przymusowa abstynencja :)




Pierwsze popołudnie i wieczór w nowym dla nas państwie mija nam bardzo miło i kładziemy się spać z niecierpliwością czekając na kolejny dzień :) Póki co nie ogarniamy tylko totalnie waluty, której mamy po wymianie dosłownie wagon i wszystkie nominały wyglądają tak samo...

Wydatki:

  • bilet na pociąg z Hua Lamphong do Don Mueng - 5 bth x 2
  • jedzenie na lotnisku: padkhapaw x 2, duży chang, thai tea - 625 bth
  • wymiana na lotnisku 100$ - 1750 000 LAK
  • shuttle taxi z lotniska do miasta (12 km) - 40 LAK x 2
  • wymiana w mieście 600$ - 17 680 000 LAK
  • pokój dwuosobowy w Chaliya Boutique Garden z widokiem na ogród/ 2 noce - 482 440 LAK (przez booking, płatność na miejscu)
  • wejście na Pousi Hill - 20 000 LAK x 2
  • kolacja w knajpce przy rzece - 150 000 LAK (1 danie, duże piwo, ice tea)
  • nocny market: zupa z wontonami - 25 000 LAK, sushi - 30 000 LAK, piwo 20 000 x 3



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz