Po śniadaniu w hotelu (btw, bardzo bogaty wybór w bufecie, to kolejny plus naszego przybytku, który serdecznie polecam) odbieramy pranie i zamawiamy vana na dworzec kolejowy. Żegnamy nasz piękny pokój z balkonem.
Bez problemu docieramy na dworzec kolejowy i bardzo szybko, bo chyba po 30 minutach, meldujemy się w stolicy Laosu - Vientianne. Tutaj z dworca odjeżdżają publiczne autobusy. Są one dobrze opisane i bez problemu dostajemy się do busa do Dworca Centralnego (Talat Sao Bus Station), który znajduje się w pobliżu zarezerwowanego przez nas hotelu Lanexang Princess Hotel. Tutaj, jak to w stolicy, ceny są wyższe a standard pokoju mocno średni - nie mamy okiem a w pokoju mocno trąci wilgocią. Ale hotel ma swój urok, bo to bardziej miejsce dla lokalnych turystów a nie backpackersów. Choć urok ten objawia się też słabą, a w zasadzie śladową znajomością angielskiego przez obsługę.
Nie tracąc czasu, od razu po wypakowaniu gratów ruszamy w miasto. W pobliskiej galerii handlowej, wyglądającej jak chińskie centrum handlowe, instalujemy sobie w końcu kartę SIM. Jest śmiesznie tania i o dziwo, nikt nie wymaga okazania paszportu.
Potem kierujemy się do największej atrakcji stolicy czyli Bramy Zwycięstwa. Niestety, obecnie niemożliwe jest wejście na górę.
Przechodzimy sobie przez główne ulice w mieście i znajdujemy bardzo fajną i tanią indyjską restaurację Nazim Restaurant (ogólnie ceny jedzenia w Vientianne są dużo wyższe niż gdzie indziej w Laosie), gdzie zjadamy pyszny obiad.
A potem idziemy nad Mekong, gdzie wieczorem rozkłada się nocny targ. Jest to mocno lokalne miejsce, z atrakcjami dla dzieci, mnóstwem straganów z ubraniami i kosmetykami a także restauracjami serwującymi jedzenie i piwo. Widać mnóstwo lokalsów spędzających tutaj wieczór. Gra głośna muzyka, jest kiczowato i mocno azjatycko ;)
Ogólnie Vientianne nie wygląda jak inne azjatyckie stolice. Nie ma tu korków, ulice są szerokie, wszędzie znajdziecie niepozastawiane chodniki, nie słychać klaksonów, jest czysto i nie śmierdzi ;) Myślę, że musi być to fajne miejsce do życia, choć do zwiedzania za dużo tu nie ma... Wieczorem całkiem fajne stragany ze street foodem rozkładają się w pobliżu naszego hotelu a miasto zaczyna bardziej tętnić życiem niż w ciągu dnia.
Wydatki:
- 30 000 pranie w hotelu
- 30 000 x 2 - van na lotnisko
- 125 000 x 2 - dwa bilety na pociąg Vang Vieng-Vientianne
- 15 000 x 2 - public bus z dworca kolejowego na central bus station
- 830 000 - 2 noclegi w Lanaxang Princess Hotel (przez booking, gotówką)
- 50 000 - karta SiM na 7 dni
- 48 000 - paczka kawy w ziarnach z Bolawen
- 22 000 - orzeszki w markecie
- 152 000 - kolacja w indyskiej knajpie
- 46 000 - zakupy w sklepie (woda, lody, piwo, mieszanka do Bahn Xeo)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz