Strony

poniedziałek, 30 marca 2020

Podsumowanie: Sri Lanka - grudzień 2019

Zacznę może od tego, że nie wróciłam z podróży totalnie zakochana w Sri Lance i na milion procent pewna, że tam kiedyś wrócę... Nie wiem tylko, czy ma to związek z tym, że im więcej się w życiu widziało, tym mniej rzeczy robi na nas wrażenie czy też, że vibe Ceylonu różni się jednak od vibe'u Azji Południowo-Wschodniej.


Na pewno Sri Lanka zachwyci miłośników natury -  jest przepiękna pod względem przyrodniczym - z jednej strony prawdziwie rajskie plaże, z drugiej góry porośnięte herbatą do granic zieloności, niekończące się lasy palm kokosowych (chyba przez całe swoje życie nie zobaczę tylu palm, ile widziałam przez te 2 tygodnie na Cejlonie) i gdzieś tam pośrodku tego jeszcze dzika, gęsta dżungla. Jeśli zielony kolor naprawdę koi nerwy, to ilość zieloności jaką przyswoiły moje oczy w trakcie tych wakacji, powinna uczynić mnie najspokojniejszym człowiekiem na ziemi na najbliższe pół roku ;). Spotkacie tu też mnóstwo fauny - i to niekoniecznie na safari, ale wszędzie, gdzie się ruszycie - wiele rodzajów małp (a nie tylko złośliwe makaki jak w Tajlandii) i to w ilościach absolutnie hurtowych wszędzie - są tu pospolite jak u nas gołębie ;), mnóstwo gekonów, jaszczurek, waranów - całkiem sporych i przemykających sobie ot tak po ulicy, niezliczona ilość gatunków kolorowych ptaków - to musi być raj dla miłośników ornitologii i wreszcie - tak, autentycznie w rejonach parków narodowych można spotkać słonie maszerujące sobie jak gdyby nigdy nic po ulicy. I nie jest to nic niezwykłego.

Na Sri Lance poza Colombo nie ma wielkich miast i z jednej strony to plus, ale z drugiej strony tęskno mi trochę było za tym specyficznym vibe'm azjatyckich molochów - jak BKK czy HCM. Większość odwiedzanych przez nas miejsc to były "jednoulicowe" wioski i czegoś mi jednak brakowało... No ale cóż, to tylko moja opinia, może to ja jestem dziwna i po prostu kocham te totalnie pojebane, chaotyczne, zatłoczone aglomeracje, gdzie gigantyczne drapacze chmur wyrastają ponad slumsami zbitymi z dykty i bambusa a nowoczesne centra handlowe konkurują z przetyranymi wózkami z jedzeniem i wyłożonymi niemal na środku ulicy szmatami z mydłem i powidłem ;)

Wreszcie - na Sri Lance nie ma tak naprawdę żadnej topowej atrakcji w stylu "nie możesz umrzeć póki tego nie zobaczysz". Jest wiele mniejszych, całkiem fajnych, ale ich odbiór będzie pewnie zależał od tego, ile w życiu już widzieliście i jak bardzo zblazowanymi turystami jesteście ;)

No ale po kolei:

Oczarowania
 - Adam's Peak: chyba dla mnie największy hajlajt tej wycieczki i bardzo się cieszę, że nie pominęłam tej trasy, jak wielu turystów. Widoki z góry powodują totalny opad szczęki a całe wydarzenie związane z morderczą wspinaczką w środku nocy ma niepowtarzalną aurę i zostaje w sercu na długo.
 - Haputale: moja ukochana wioseczka na Sri Lance, totalnie nieturystyczna, z mnóstwem małych, zapyziałych knajpek i sklepików, położona z widokiem na niesamowite herbaciane stoki. Natomiast dostępne tu atrakcje czyli Horton Plains i Lipton's Seat niczego mi nie urwały. Horton pewnie przez wzgląd na pogodę a Lipton przez wzgląd na to, że pola herbaciane otaczały mnie tutaj ze wszystkich stron i nie wiem, czemu akurat to jedno miejsce jest uznawane za takie wyjątkowe.
-  Tangalle - to jakieś totalnie nierealne miejsce i jak ktoś ma ochotę na dzikie, rajskie plaże w wydaniu lokalskim a nie resortowym to jest to must seen! Nie wierzę, że tak idealne miejsce nie jest na szczycie wszystkich rankingów nadmorskich miejscowości na świecie. Ale to dobrze. Oby tak zostało jak najdłużej 
- autobusy: no dobra, jechanie ściśniętym jak sardynka pięć godzin nie jest moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu, ale jazda komunikacją publiczną stanowiła też okazję do obcowania z prawdziwym, lokalnym życiem; było kolorowo, głośno, tłoczno, tanio jak barszcz i co zadziwiające - pachnąco - wciąż nie rozumiem jak w takim upale, tłoku i przy brak klimy ludzie dają radę nie tylko nie śmierdzieć potem, ale i pachnieć kokosem i limonką ;) A kadzidła palone przez kierowców przed jazdą to już w ogóle pozytywny zakręt! Poza tym ja uwielbiam otwarte okna i busy bez klimy :) Tylko trzeba startować z miejsca pierwszego przystanku autobusu, żeby mieć koniecznie miejsce siedzące, przynajmniej na dłuższych trasach. Mega jest też to, ile tych autobusów jest i że w zasadzie każde miejsce skomunikowane jest z każdym - trzeba się tylko w odpowiednim miejscy przesiadać a jest to bardzo intuicyjne i łatwe do ogarnięcia
- ludzie - nie będę piała z zachwytu jak lwia część internetu, jaki to Lankijczycy są bezinteresowni i święci, bo to bzdura, ale na pewno nie ma tutaj takiego naciągactwa jak w innych azjatyckich krajach. Albo nawet jak jest, to i tak jest tak tanio, że tego nie widzimy. Tuktukarze zawsze już na wstępie podawali ceny niższe niż ustalaliśmy sobie, że możemy zapłacić i czasem aż było nam głupio, że to tak mało kosztuje. Do tego, jak nie chcieliśmy brać tuktuka, to pokazywali nam, gdzie znajdziemy autobus - w takiej Tajlandii mówiliby, że busa nie ma albo że odjechał albo że w środy/piątki/niedziele nie jeździ ;) W busach zawsze dostawaliśmy bilet i płaciliśmy tyle co lokalsi. Do tego zawsze znalazł się ktoś, kto dbał o to byśmy wysiedli na odpowiednim przystanku i trafili tam, gdzie jedziemy.

Rozczarowania:
 - Słynny Trójkąt Kulturalny - Dambulla, Polonnaruwa, Sigiryija - jak ktoś widział już jakieś buddyjskie świątynie to Dambulla nie robi na nim absolutnie żadnego wrażenia, Polonnaruwa jest fajnym, chillowym miejscem, ale no nie oszukujmy się - daleko jej do Angkor. Sigiryija jest spoko, ale to tylko skała  i fakt, fota z nią w tle zdobędzie milion lajków na instagramie, ale pominięcie tego miejsca też nic w Waszym życiu nie zmieni... Natomiast sama okolica, gdzie znajdują się te atrakcje jest całkiem spoko, jak ktoś lubi wioski, lokalne klimaty i patrzenie jak żyją zwykli ludzie na drugim końcu świata. Natomiast to można robić także w ośmiuset innych miejscach na świecie ;)
- Ella: nasz pensjonat z widokiem na góry okazał się sztosem do potęgi miliard, ale samo miasteczko będące mekką białasów, spragnionych burgera, pizzy i granoli z jogurtem, zupełnie do mnie nie trafiło i wręcz odstraszało mnie swoim klimatem do wychodzenia z pensjonatu; Little Adam's Peak był okej, ale po Dużym Adamie nie mógł zrobić wrażenia a 9 Arches Bridge - no cóż, nie wiem po co ludzie przebywają miliony kilometrów by go zobaczyć ;) Ot most.
- słynna trasa pociągiem Kandy - Ella: no hmmm, pociąg jako środek transportu jest spoko, zwłaszcza na długie trasy, ale skąd taki hype na tę trasę, skoro podobne widoki ma się każdego dnia w Hatton czy Haputale bez konieczności przeciskanie się przez dwustudwudziestu lokalsów wracających z większego miasta do domu i trzystu pięćdziesięciu instagramerów polujących na ujęcie roku, czyli maksymalne wychylenie się z drzwi pociągu z jednocześnie maksymalnie porośniętym herbatą stokiem za oknem ;) 
- safari - choć tu ciężko powiedzieć, że to rozczarowanie, bo raczej się nastawiałam, że to nie jest atrakcja dla mnie. Dużo jeżdżenia a w zasadzie widzieliśmy tylko słonie i ... bażanta ;) Dużo więcej zwierząt spotkaliśmy na co dzień w przydomowych ogródkach ;)
- herbata - ktoś mi kiedyś powiedział, że cała dobra herbata na Cejlonie idzie na eksport i cóż, nie mogę się z tym nie zgodzić. Nie wypiłam na miejscu dobrej herbaty, zazwyczaj była to lura o smaku brudnej i niezbyt esencjonalnej szmaty, chyba z ekspresówki ;)
- jedzenie - liczyłam na więcej kuchni indyjskiej, ale jej tu w ogóle nie znalazłam; rice and curry jest spoko, ale nie aż tak, żeby jeść je trzy razy dziennie z podnieceniem, kottu czy jakieś makarony i rotti były zazwyczaj suche - to ogólnie problem tej kuchni - brak sosów! Radę dawały tylko śniadaniowe snacki czyli ostre zawijaski z nadzieniem i wytrawne pączki. No i ryby i seafoody w obłędnych cenach!!! Tuńczyk był kozakiem za każdym razem, gdy go jadłam!

Na pewno brakowało mi też motorowych tripów, ale wypożyczalnie skuterów nie są tu taką oczywistością jak w Azji Płd-Wsch i policja lubi zatrzymywać turystów, żądając wysokich łapówek. I nie pogardziłabym jakimś lądowym przejściem granicznym - uwielbiam ten quest na wyprawach, zawsze jest w tym jakieś poczucie przygody i niewiadoma a granice w tych trochę mniej ustrukturyzowanych państwach to totalnie dziwne i wymykające się spoza ram tego, co uważany za europejskie standardy, miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz