Naszym głównym i w zasadzie jedynym celem wizyty w Nallathanniya jest wejście na słynną górę Adam's Peak (Sri Pada). Jest to szczyt o wysokości ponad 2200 metrów, na który prowadzą schody. Jest to święte miejsce pielgrzymek Buddystów (coś jak nasza Jasna Góra) i wraz z początkiem sezonu zaczynają oni tłumnie odwiedzać to miejsce. Na samej górze znajdziecie odcisk ponoć samego Buddy (według muzułman i katolików - Adama). Na licznych blogach i na youtube można spotkać opisy i filmiki przedstawiające gigantyczne zatory o korki w drodze na górę a także stłoczonych, niemal walczących o przetrwanie pielgrzymów już na szczycie. Jeśli ma się szczęście męcząca droga i kosmiczny tłok zostaną Wam wynagrodzone pięknym wschodem Słońca, podczas którego można zobaczyć idealny trójkątny cień rzucany przez górę.
Aby zminimaliować niedogodności związane z tłumem pielgrzymów radzi się wchodzić poza szczytem sezonu (choć przed grudniem szlak jest ponoć całkowicie zamknięty z powodu opadów), nie decydować się na trekking w weekendy ani tym bardziej podczas pełni księżyca. Najbezpieczniej jest wejść w ciągu dnia, bo wtedy tłumów nie ma wcale ;)
My przybywamy na początku sezonu, w środku tygodnia i nie w czasie pełni - ale mimo wszystko decydujemy się wejść w nocy, by zobaczyć słynny wschód Słońca.
Na 2:30 mamy zamówioną kawę, herbatę i śniadanie na wynos (rotti z warzywami) w naszym hostelu i około 2:45 wychodzimy na szlak. Z daleka widać oświetloną trasę.
Tuż przed wejściem na szlak znajduje się świątynia, gdzie można wpłacić jakąś darowiznę mnichom. Ludzi nie ma zbyt wielu, ale nie jest też zupełnie pusto. Spotykamy po drodze rodzinkę z Holandii, którą poznaliśmy w pociągu do Hatton a także Brytyjską parę, z którą jechaliśmy busem do Nallathanniya. Początkowo droga nie jest zbyt ciężka, choć nie wiem, czy jestem dobrą osobą do oceny tego, gdyż z racji profesji mam bardzo dobrą kondycję. Bartek męczy się już raczej dosyć sporo od początku. Po drodze mijacie wiele sklepików z napojami i przekąskami, więc w każdej chwili możecie sobie zrobić przerwę i się posilić. Po jakiejś godzinie droga zaczyna robić się bardzo nieprzyjemna - robi się coraz bardziej stromo a nierównej wielkości schody mocno utrudniają wspinanie się. Mniej więcej w tym czasie rozdzielam się też z Bartkiem, gdyż on zwalnia a ja chce się jednak zmierzyć z tym wyzwaniem i dotrzeć na górę w dobrym czasie.
Muszę przyznać, że trekking ten daje w kość i jakieś kilkaset metrów pod szczytem jestem skonana i wymęczona :/ Kiedy wreszcie docieram na górę (o jakiejś 5:00 czyli po dwóch godzinach) dodatkowo strasznie niespodziewanie zmienia się pogoda - zaczyna wiać przeszywający, zimny wicher i padać deszcz... Dodatkowo teren na górze uznawany jest za teren świątyni, więc mnisi nakazują wchodzącym zdejmowanie butów :/ W tym zimnie nie jest to nic przyjemnego. Ogólnie ta zmiana pogody bardzo mnie zaskoczyła - całą drogę było ciepło, wręcz za ciepło i jeszcze przed samym wejściem na szczyt śmieszkowaliśmy nawet z wchodzącymi osobami, że to pewnie zimno na standardy Lankijczyków i mogliśmy iść w podkoszulkach, żeby się nie zgrzać. Tymczasem po wejściu na górę byłam bliska płaczu z zimna i żałowałam, że nie wzięłam ze sobą kożucha i czapki...
Na samej górze jest sporo osób, ale nie są to jakieś tłumy i można spokojnie poruszać się - wchodzić i schodzić. Mogłabym też spokojnie zająć miejsce w idealnym punkcie do obserwacji wschodu Słońca - mogłabym, ale jest mi tak zimno, że mam gdzieś to idealne miejsce i decyduję się zejść poszukać Bartka, żeby powiedzieć mu, żeby tu nie wchodził ;) Znajduję go kilkanaście minut niżej, wchodzimy jeszcze raz razem, potem pod wpływem tego cholernego zimna schodzimy jeszcze raz na samosy i gorącą herbatkę w knajpce tuż pod szczytem.
Jestem zziębnięta, mokra i wściekła. Kiedy około 6:00 Słońce wschodzi, okazuje się, że mgła i zachmurzenie są tak wielkie, że i tak nic nie widać...
Gdybym w tym momencie miała pisać rekomendację dla tej wycieczki, to napisałabym "NIE IDŹCIE!!! MASAKRA!!! NIE WARTO!!!, ale... kiedy zaczynamy kierować się w dół i wychodzimy spod wiaty, pod którą jedliśmy, chmury rozstępują się, mgła znika i naszym oczom ukazują się PRZECUDOWNE WIDOKI!!!!
Widoki powodują opad szczęki!!! Całe moje zmęczenie i złość mija i zaczynamy schodzić, podziwiając te niewiarygodne obrazy! To, co mamy przed oczami całkowicie rekompensuje trudy wejścia, nieudany wschód słońca i marznięcie na szczycie!!!
Po około dwóch i pół godzinach docieramy do guesthousu, jesteśmy styrani, obolali i śmierdzący. Myjemy się, idziemy spać i wstajemy dopiero po południu na obiad ;) Potem rozpoczynamy też szukanie piwa, ale okazuje się, że w tej świętej miejscowości nie jest to takie proste... W końcu guesthouse obok decyduje się wysłać tutuka do Hatton, żeby sprowadził zapasy dla spragnionych białasów ;)
Podsumowując - trekking na Adam's Peak nie jest łatwy ani przyjemny i po drodze dziesięć razy pożałujecie, że nie zostaliście w łóżku, ale widoki wynagradzają podjęty trud po stokroć! Ja idąc w dość dobrym tempie doszłam w dwie godziny, więc w rekomendowane cztery, wychodząc o 2:00 w nocy, możecie dojść spokojnie na 6:00, robiąc sobie dużo przerw na odpoczynek, kawę czy przekąski. Nie spotkaliśmy się też z wielkimi tłumami, na samej górze było trochę osób, ale nie tworzyły się żadne zatory, jednak tak jak mówię - byliśmy w środku tygodnia, nie podczas pełni i na samym początku sezonu. Wejście na Sri Pada to chyba jeden z moich hajlajtów podczas tej podróży i jeśli ktoś myśli, że może go zastąpić wejściem na Little Adam's Peak, to jest w błędzie - widoki na tej trasie są milion razy lepsze!!! Rekomendować też będę nocne wejście, gdyż największą frajdą jest moment, kiedy Słońce wschodzi, robi się jasno i nagle spostrzegacie ogrom piękna gór, które was otaczają, a z których piękna nie zdawaliście sobie sprawy, idąc cały czas w ciemności! To niesamowite odczucie!
Wydatki:
- nocne śniadanie z guesthousu 2 x rotti z warzywami + tea pot + coffe pot - 1250 LKR
- dotacja za wejście do świątyni - co łaska, my daliśmy 400 LKR
- herbata przed szczytem x 4 = 100 x 4 = 400 LKR
- samosa - 100 x 2 = 200 LKR
- sprite po drodze 200 x 2 = 400 LKR
- dwa rotti z ziemniakiem na trasie 100 x 2 = 200 LKR
- obiad na mieście - hoppers with curry, rice and curry, tea pot, coffe pot - 850 LKR
- snack ciecierzyca z posypką - 50 LKR
- małe chipsy - 50 LKR
- rotti z ziemniakami i burger w sąsiednim guesthousie - 800 LKR
- nocleg w Blue Sky guesthouse przez agoda.com, płatne z konta: 2340 LKR - 50,94 zł













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz