Tego dnia opuszczamy nasz pierwszy punkt wycieczki i zamierzamy dotrzeć pod słynny Adam's Peak - świętą górę Buddystów i miejsce pielgrzymek wielu tysięcy ludzi każdego roku. W tym celu musimy dojechać do miejscowości o nazwie Nallathanniya. Aby do niej dotrzeć musimy dotrzeć do Kandy a potem do Hatton. Dopiero stamtąd możemy złapać busa do docelowego miejsca.
Dzień wcześniej dogadujemy się z naszą gospodynią, że ona i jej dzieciaki jadą na obchody jakiś buddyjskich świąt w okolice Hatton - czyli tam, gdzie i my się wybieramy. Postanawiamy więc połączyć siły i jechać razem ;)
Zaraz po śniadaniu (rotti z kokosem) idziemy na ulicę i o 7:20 łapiemy busa do Kandy (jedzie przez Dambullę). Do Kandy docieramy po około 2,5 godzinach. Miasto jest okropne - tonie w smogu i ulicznych korkach, więc ogromnie cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się zostać tutaj na noc... Przejazd przez Kandy na stację autobusową zajmuje nam dobre kilkadziesiąt minut... Od stacji autobusowej jest bardzo blisko do stacji kolejowej. Na stację docieramy około 10:15 a nasz pociąg w stronę Badulla odchodzi o 11:10. Rozkład pociągów znajdziecie na tej stronie https://eservices.railway.gov.lk/schedule/searchTrain.action?lang=en
Kupujemy bilety na 3 klasę za jakieś totalne grosze. Trasa do Hatton to pierwsza część słynnej trasy Kandy-Ella, którą pokonują tysiące turystów każdego roku - jest to ponoć jedna z najbardziej malowniczych tras kolejowych na całym świecie, gdyż wiedzie pośród niewiarygodnie zielonych pól herbacianych. Niestety, z tego powodu pociągi są strasznie przepełnione i nie jest w zasadzie możliwe kupno biletów na pierwszą klasę - wykupują je lokalni pośrednicy turystyczni. My planowaliśmy w ogóle pominąć tę wątpliwą atrakcję kilkugodzinnej męczarni w przepchanym do granic możliwości pociągu, ale Anushika odwodzi nas od jechania autobusem z Kandy do Hatton, tłumacząc, że będzie on równie zapchany ludźmi i do tego męczarnia potrwa dłużej, bo autobus jedzie przez wszystkie możliwe wioski po drodze. Finalnie pierwszą połowę trasy spędzamy na podłodze, ale fakt, że można sobie wstać i rozprostować kości czyni tę wyprawę faktycznie przyjemniejszą niż jazda przepchanymi lankijskimi busami. Busy na krótkich odcinkach są fajne, ale przy dłuższych trasach można w nich oszaleć ;) W połowie trasy żegnamy Anushikę i dzieciaki - wysiadają oni na innej stacji i znajdujemy sobie w końcu jakieś miejsca siedzące - większość lokalsów opuszcza pociąg mniej więcej po godzinie od wyjazdu z Kandy. Do Hatton docieramy niemal planowo około 13:45.
Pamiętajcie, by nie zgubić biletu kolejowego - trzeba go oddać opuszczając stację, gdyż w samym pociągu nie ma kontroli. Jeśli nie będziecie go mieć przy wyjściu, grozi Wam grzywna. Wychodzimy ze stacji i od razu łapiemy busa do Nallathanniya - stoją one po lewej stronie, przy samej stacji. Wsiadamy chyba do najgorszego busa, jakim do tej pory jechaliśmy - czerwonego rzęcha...Możecie też znaleźć tutaj tuk-tuki i taksówki.
Autobus od razu po opuszczeniu Hatton wjeżdża w góry i droga robi się szalona! Wciąż jedziecie blisko przepaści a kierowca szarżuje jak dziki! Nie dla ludzi o słabszych nerwach ;) Widoki są za to oszałamiające - całe 1,5 godziny jedziemy między malowniczymi wzgórzami porośniętymi herbatą. Zmienia się też pogoda - jest jakieś 10 stopni chłodniej niż w Habarana i dosyć pochmurnie. Po 15:00 wysiadamy w Nallathanniya (według innych źródeł miejsce to nazywa sie Dalhousie - nie wiem, jaka jest różnica).
Około godziny 15:00 docieramy do naszego pensjonatu - Blue Sky, które mieści się przy głównej ulicy. Co ciekawe, obiekt ten miał dużo niższe opinie niż Disna, więc obawiałam się, że będzie obrzydliwą norą a tymczasem nasz pokój okazuje naprawdę przyzwoity - wielki, czysty, pachnący, z ogromnym łóżkiem, balkonem i widokiem na góry (na zdjęciu poniżej), choć wydaje mi się, ze zamawialiśmy mniejszy budżetowy pokój bez okna a dostaliśmy przypadkiem upgrejt do lepszego standardu! Miejsce to prowadzi śmieszna rodzinka pana, którego nazywamy odtąd Gnomem ;) - nie są może tak otwarci jak gospodarze z Disny, ale wszystko nam tłumaczą, wyjaśniają i służą pomocą. Lokalizacja też jest super, przy samym szlaku na Adam's Peak. Bardzo polecam!
Na wstępie zamawiam od pana - a jakże - rice and curry - przygotowanie trwa wieki, ale na Sri Lance to standard... Cóż, przynajmniej wiecie, że wszystkie posiłki robią od podstaw. Jedzenie jest bardzo smaczne.
Po posiłki idziemy pokręcić się po mieście - jest to w zasadzie jedna ulica, wzdłuż której znajdują się hostele, a tuż przy wejściu na szlak na Adam's Peak rozpoczyna się obszar handlowy. Stragany przypominają te z naszych polskich festynów osiedlowych i odpustów - znajdziecie tu jakieś tandetne zabawki, tanie ubrania, słodycze i wszelakiej maści przekąski.
Przed wycieczką nie byłam pewna, czy zdecydujemy się na wejście jeszcze tej samej nocy, czy też postanowimy przeznaczyć dzień na odpoczynek i ruszyć kolejnej nocy. Czujemy się jednak w miarę okej, podróż nie byłą taka męcząca, na jaką się zapowiadała, więc postanawiamy tej nocy wyruszyć a kolejny dzień przeznaczyć na umieranie z zakwasów ;) Na szlak na Adam's Peak rekomenduje się wyruszyć około 2:00 w nocy - my decydujemy, że wystartujemy około 3:00 a na 2:30 zamawiamy od pana Gnoma herbatę, kawę i śniadanie na wynos na szlak - mają to być rotti z warzywami.
Około 18:00 kładziemy się spać, aby wypocząć przed trekkingiem :)
Wydatki:
- autobus z Hiriwadunna do Kandy - 146 LKR x 2 = 292 LKR
- pociąg Kandy - Hatton III klasa - 65 LKR x 2 = 130 LKR
- cztery samosy na dworcu - 300 LKR
- herbata z mlekiem na dworcu - 50 LKR
- autobus z dworca w Hatton do Nallathanniya - 84 LKR x 2 = 168 LKR
- pokój dwuosobowy typu budget w Blue Sky Guesthouse w Nallathanniya - 1 noc - 2500 LKR (12,75 USD) zarezerwowny przez booking.com, płatne gotówką na miejscu - dostaliśmy "pokój dwuosobowy" o lepszym standardzie niż zamówiony
- obiad w guesthousie: rice and curry, noodles with potato dahl, kawa, herbata - 1020 LKR
- okulary przeciwsłoneczne na straganie - 300 LKR x 2 = 600 LKR







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz