Rano zjadamy zamówione dzień wcześniej śniadanie, regulujemy opłaty za noclegi, jedzenie i pranie i ruszamy na wycieczkę na Lipton's Seat z panem tuktukowcem, z którym umówiliśmy się poprzedniego dnia. Około 40 km trasa (jakieś 25 km do Haputale i potem około 15 km do Liptona i z powrotem na dworzec kolejnowy w Haputale) ma nas kosztować 4000 LKR. Podobno można stargować ją nawet do 3000, ale my uznaliśmy, że to i tak kawał drogi i że ta cena jest dla nas adekwatna do wykonanej pracy ;).
Ruszamy około 8:00 rano i po długiej, wietrznej drodze znajdujemy się w końcu na szlaku na szczyt Liptona (2 h). Prowadzi on przepiękną trasą pośród malowniczych herbacianych pól.
Tuż przed szczytem musimy zatrzymać się przy budce, gdzie pobierane są opłaty. Płacimy za nas po 100 LKR + 50 LKR za tuktuka. Na górze mamy piękne widoki! Trzeba przyznać, że dobra passa nam dopisuje i kolejny dzień z rządu trafiamy na świetną widoczność. Wjazd bądź spacer na Lipton's Seat zaleca się zrobić jak najwcześniej - im późniejsza pora, tym większa szansa, że okolica spowita będzie we mgle i nic nie zobaczycie. Po 12:00 już podobno w ogóle nie ma po co tu jechać. Na górze znajduje się mała pseudokawiarenka z herbatką (mocno średnią lurą ;)) i przekąskami, więc spędzamy tu chwilę, ale trzeba przyznać, że trochę marzniemy. Jest tu strasznie wietrznie. Robimy sobie trochę fot w herbacie i jedziemy z powrotem w dół do fabryki herbaty Dambethenna, która znajduje się mniej więcej w połowie szlaku z Haputale na szczyt. W pierwotnej wersji naszego planu, kiedy to na Liptona mieliśmy mieć cały dzień i mieliśmy jechać tu z Haputale zakładaliśmy, że tuktukiem dojedziemy na szczyt, potem urządzimy sobie kilkukilometrowy spacer do fabryki a spod fabryki wrócimy publicznym busem do miasta... No cóż, nie tym razem ;) Niestety, tu też kończy się nasze szczęście, bo okazuje się, że tego dnia fabryka nie pracuje, więc nie możemy zobaczyć procesu produkcji mojego ulubionego napoju :(
Około 11:00, po ponad godzinie zjeżdżania z góry, trafiamy na dworzec w Haputale i żegnamy się z naszym kierowcą, który wraca do Ella. Nasz pociąg do Colombo Fort ma jechać o 12:57, więc idziemy powłóczyć się po naszym ulubionym miejscu na Sri Lance. Wracamy do sklepu z herbatą i kosmetykami, które opisywałam Wam w poście sprzed paru dni, kiedy byliśmy tu poprzednio i kupuję kolejną tonę herbaty a także olejki, maści i kremy ajurwedyjskie, które chcę przeznaczyć na pamiątki dla rodziny i przyjaciół. Idziemy też na lunch do małej restauracji niedaleko dworca.
Jazda pociągiem w odwrotną stronę niż rekomendowana atrakcja turystyczna to strzał w dziesiątkę! Kupujemy bilety na drugą klasę i miejsc jest do wyboru do koloru, mogę sobie nawet siedzieć pół trasy przy otwartych drzwiach i cieszyć się górskim powietrzem.
Pociąg nie jedzie popularną trasą przez Kandy, tylko przez totalnie lokalne wioseczki. Kiedy wyjeżdżamy z gór, krajobraz zmienia się na dżunglowo-palmowy a małe mieścinki wyglądają jak rzucone przypadkiem w sam środek gęstego tropikalnego lasu. Obserwacja zmieniającego się krajobrazu i uwijających się przy swych codziennych czynnościach ludzi ma swój urok, ale po kilku godzinach mamy już trochę dosyć. Pierwsze 2/3 podóży pokonujemy w miarę sprawnie, ale ostatnie kilkadziesiąt kilometrów jedziemy wieczność, co chwila robiąc długie, bezsensowne postoje... 200 km jedziemy ponad 9 godzin...Nie ma co narzekać na polskie PKP ;) Ściemnia się i w pewnym momencie mam to uczucie, które ogarnia mnie czasem, kiedy jestem jedyną białą wśród lokalsów, gdzieś na końcu świata, po środku niczego, gdzie ci ludzie wiodą swoje zwykłe życia a ja nie wiem, co tutaj robię i jak się tu znalazłam, co mnie tu przygnało... Uczucie, że wszyscy na mnie patrzą i że tu nie pasuję... To taki trochę atawistyczny lęk przed byciem daleko od domu, choć oczywiście nie czuję żadnego bezpośredniego zagrożenia, ludzie są mili jak zawsze. Dziwne, ale i niesamowite.
W końcu wjeżdżamy do Colombo i jesteśmy w szoku, widząc pierwsze większe miasto na Sri Lance. Takie z wielkimi wieżowcami i gęstą zabudową. Wysiadamy z pociągu grubo po 22:00 i musimy jeszcze dostać się jakieś 40 km do Negombo czyli mniejszego miasta położonego blisko lotniska... Przed stacją atakuja nas kierowcy tuktuków - mówimy, że szukamy busa do Negombo i pan wskauje nam kierunek w prawo, gdzie ma być stacja autobusowa, ale od razu proponuje nam też podwózkę do Negombo za 2500 LKR. Uznajemy, że to dobry deal i ruszamy w drogę!
Do celu docieramy około północy, po blisko 1,5 godziny jazdy tuktukiem, na szczęście udaje nam się dostać do hoteliku, który mamy zabookowany i zmęczeni, idziemy spać :)
Wydatki:
- rachunek z Sita's Heaven - 3600 LKR (dwa zestawy śniadaniowe z napojami, 3 x dzbanek kawy i herbaty, pranie)
- herbata na Lipton's Seta - 100 LKR x 3 = 300 LKR
- wjazd na Lipton - dwie osoby i tuktuk - 250 LKR
- herbaty Basilur w sklepiku w Haputale - 600 LKR x 4 = 3200 LKR
- 0,5 kh paka herbaty zielonej z Haputale w tym samym sklepiku 1200 LKR x 2 = 2400 LKR
- balsamy ajurwedyjskie na wszystko - 120 LKR x 5
- olejki z drzewa sandałowego 340 LKR x 5
- krem do twarzy 300 LKR
- tuktuk z Ella na Lipton's Seat i do dworca w Haputale - 4000 LKR
- duża woda w Haputale - 70 LKR
- obiad x 2 i napoje w Haputale koło dworca - 1375 LKR
- bilety na pociąg Haputale - Colombo II klasa - 330 LKR x 2 = 660 LKR
- 12 pysznych i ciepłych samos w pociągu (najlepsze, jakie jedliśmy!!!) - 800 LKR
- 2 noclegi w King's Fish Guesthouse w Negombo - pokój dwuosobowy bez klimy, ale lepszy niż budget, przez booking, płatne na miejscu - 4400 LKR














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz