Na lotnisko w Warszawie jedziemy podobnie jak w lutym pociągiem z Bydgoszczy. Na stacji Warszawa Zachodnia przesiadamy się w SKM i po około czterogodzinnej podróży jesteśmy na lotnisku, około 3 godziny przed czasem. Odprawiliśmy się już w domu, więc oddajemy tylko bagaż i mamy dość dużo czasu na nudzenie się ;) Okazuje się też, że nasz samolot jest około godzinę opóźniony, ale na szczęście nadrabia wszystko w locie i na lotnisku na Sri Lance lądujemy nawet przed zaplanowanym czasem czyli około 5:30. Jeśli chodzi o komfort podróży LOTem to nie jest to Qatar - nie ma takiej różnorodności w wyborze posiłków i ich ilość też jest mniejsza, ale nie ma o narzekać - bezpośrednie połączenie to jednak super komfort - osiem i pół godziny w powietrzu i jesteście na miejscu!
Ponieważ wizy wyrobiliśmy przez internet, od razu po wylądowaniu udajemy się do kontroli granicznej - wiz nie trzeba mieć wydrukowanych ze sobą, wszystko jest w systemie. Wymieniamy też od razu na lotnisku całą gotówkę jaką mamy ze sobą czyli 800$ - ponieważ na Sri Lance brak jest dużych miast, kantory znajdują się jedynie w turystycznych miejscach, nie ma ich zbyt dużo i czytałam, że właśnie na lotnisku kurs bywa najlepszy. Wielu turystów ustawia się też do stanowisk z kartami SIM - jeśli nie musicie jednak mieć aktywnego telefonu od razu, to radzę poczekać z tym, aż znajdziecie jakiś punkt w którymś z miast - jest około 10 razy taniej ;)
Z lotniska do Habarana - miejsca naszego pierwszego noclegu zamówiliśmy sobie kilka dni wcześniej taksówkę. Rozmawialiśmy z kilkoma prywatnymi kierowcami (są na polskiej grupie na FB - Sri Lanka - polska grupa miłośników Cejlonu), ale nie chcieli oni zejść z ceną poniżej 10000 LKR - taką samą cenę proponowali nam gospodarze naszego hotelu w Habarana. Najtańszą opcją jest PICK ME - lankijski uber, ale aby go zamówić potrzebna byłaby od razu na lotnisku karta SIM, więc zdecydowaliśmy się na polecaną korporację Ceylon TAXI. Podczas rozmowy na messengerze zaproponowano nam od razu super dobrą cenę 7500 LKR, więc na nią przystaliśmy. Przedstawiciel tej korporacji czekał na nas na hali przylotów z kartką z moim nazwiskiem i po kilkunastu minutach oczekiwania zaprowadził nas do naszej taksówki.
Na miejsce mamy około 150 km, co zajmuje nam jakieś 3,5 godziny. Co nam się od razu rzuca w oczy to szaleni kierowcy - nie ma może dużego ruchu, ale kierowcy autobusów i taksówek jadą jak wariaci, co przy braku pobocza i bardzo wąskiej, jednopasmowej drodze wydaje się samobójstwem oraz niesamowita ilość zieleni dookoła - praktycznie przez całą drogę jedziemy otoczeni palmowym lasem. Widzimy też dużo małp i legwanów. Jeśli chodzi o pogodę, to takiej wilgotności jeszcze nie czułam i faktycznie wychodząc z lotniska na powietrze poczułam się jakbym dostała mokrą szmatą po twarzy.
Kiedy docieramy do Habarana do naszego pierwszego miejsca noclegowego DISNA HOMESTAY, wita nas nasza gospodyni i od razu proponuje herbatę. Idziemy też odpocząć na trochę a później zamawiamy u niej obiad i dostajemy pierwsze lankijskie rice and curry. Jest to ryż serwowany z kilkoma miseczkami z różnymi typami dodatków. Z reguły jest wśród nich dahl z soczewicy, curry z batatów czy dyni, sambal czyli kokos utarty z chilli, chrupki z mąki soczewicowej. Curry okazuje się pyszne i kończymy obżarci do granic nieprzytomności. Cena jest dosyć spora, bo wychodzi 8$ za posiłek dla dwóch osób, ale do miasta są 2 km, więc decydujemy, że przynajmniej kolacje będziemy jeść na miejscu.
Jeśli chodzi o DISNA HOMESTAY, to miejsce to ma bardzo wysokie oceny na booking.com - ponad 9,5, więc jesteśmy zaskoczeni, że to taka trochę norka. Mamy co prawda klimę, ale i tak pokój jest strasznie zawilgotniały a w łazience jest sporo mrówek i wali z szamba. Wysokie oceny są zapewne spowodowane tym, że gospodarze są nadzwyczaj pomocni, kochani, opiekują się nami a Anushika jest wyborną kucharką, ale jednak warto było by wspomnieć, że warunki są średnie ;)
Ponieważ chcemy od razu pokonać jetlaga, decydujemy się zamówić popołudniowe safari na ten sam dzień. W okolicy są trzy parki narodowe, gdzie można spotkać dużo dzikich słoni - Kaudulla, Minneriya i Hurulu Eco Park. Początkowo myśleliśmy, żeby jechać do Minneriya, ale nasz przewodnik mówi nam, że słonie przemieszczają się między tymi parkami i w tym momencie dostał cynk, że więcej ich jest w Hurulu. Tam też się udajemy. Koszt safari to 14000 LKR za dwie osoby razem z biletami wstępu, w przypadku większej ilości osób w busie powinien spaść. Warto też dodać, że wszyscy przewodnicy z którymi rozmawialiśmy w tym rejonie polecali wybrać popołudniowe safari a nie poranne.
Początkowo safari wydaje się niewypałem, bo spotykamy bażanta, pawia a potem zagrzebujemy się naszym jeepem w błocie na około godzinę (jak zresztą co drugie auto w parku), więc zamiast oglądania zwierząt mamy raczej offroad.
Kiedy jednak udaje się nas w końcu wyciągnąć, jedziemy do miejsca, gdzie faktycznie chillują sobie dzikie słonie i jest ich całkiem sporo.
Co ciekawe, kiedy już wyjeżdżamy z parku i wracamy w stronę Habarana spotykamy całe stado słoni pasące się zwyczajnie przy ulicy a nawet słoniową rodzinkę przechodzącą sobie przez główną ulicę, więc faktycznie jest to słoniowe królestwo i wcale nie trzeba zamawiać safari, by spotkać te zwierzęta.
Czy safari nam się podobało? Hmm, było okej, ale od początku byłam raczej sceptycznie nastawiona do tej atrakcji, bo aż tak mnie słonie nie jarają. Dla nas była to spoko opcja, by nie iść spać a jednocześnie nie rzucać się na jakieś męczący trekking czy inne zwiedzanie zaraz po przyjeździe, jednak nie czuję, że coś bym w życiu straciła, gdybym ten punkt wycieczki pominęła.
WYDATKI:
- taksówka Ceylon Taxi z lotniska do Habarana 150 km -7500 LKR
- trzy noclegi w DISNA HOMESTAY pokój rodzinny typu superior z klimatyzacją i śniadaniami - 57$
- safari dla dwóch osób Hurulu Eco Park - 14000 LKR
- obiad w guesthousie: rice and curry dla dwóch osób z herbatą i kawą - 8$
- piwo w naszym guesthousie duże w butelce Lion - 2$
- kolacja w guesthousie: rice and curry dla dwóch osób z herbatą i kawą - 8$











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz