Wróciłam z naszej podróży absolutnie zadowolona, zakochana w Birmie i oczarowana tajskimi górami, ale muszę przyznać, że spotkało mnie kilka zaskoczeń, nie zawsze pozytywnych!
Po pierwsze miejsce, które miało być absolutnych highlightem naszej wyprawy, pozycją z mojej krótkiej "bucket list" i jedynym spotem na Ziemi, który miał szansę przebić Angkor Wat w moim rankingu świątynnym - czyli Bagan - okazało się jednak w sumie lekkim rozczarowaniem. Absolutnie nie żałuję, że tam dotarliśmy - spędziliśmy w Bagan wspaniały czas, nauczyłam się jeździć skuterem, kupiłam pierwszy obraz do mojej kolekcji (od teraz mam zamiar przywozić je z każdej kolejnej wyprawy), spotkaliśmy się z Anią i Wojtkiem i zjedliśmy najlepsze indyjskie jedzenie w naszej historii obcowania z tą kuchnią, ale sama Strefa Archeologiczna i świątynie jednak niczego nam nie urwały. Tak jak wcześniej pisałam - odbudowywanie ich po każdym kolejnym trzęsieniu Ziemi musiało odebrać im autentyczność i nie wyglądają już jak zabytki sprzed tysiąca lat...
Dwa pozostałe miejsca, które zwiedziliśmy w Birmie czyli Yangoon i Hpa An okazały się za to strzałem w dziesiątkę! O ile po Hpa An spodziewałam się, że rozłoży mnie na łopatki (choć nie miałam świadomości, że aż tak podobne będzie do mojej ukochanej Delty Mekongu), to Yangoon totalnie mnie zaskoczyło na plus! To chyba najfajniejsze z wszystkich dużych azjatyckich miast, jakie zwiedziłam - z mnóstwem zieleni, dość normalnym ruchem, super niskimi cenami i bez zagranicznych turystów! Bardzo żałuję, że nie zostaliśmy tam choć o dzień dłużej! Ogólnie muszę przyznać, że trochę bałam się Birmy - że będzie tam jakoś bardzo brudno i hardkorowo - szczególnie takie opinie przeważały jeśli chodzi o noclegi a okazało się, że moje obawy się nie sprawdziły i spokojnie mogliśmy zwiedzić jeszcze z 1-2 miejsca zamiast od razu jechać do Tajlandii.
W Birmie też faktycznie najmocniejszym punktem są ludzie - nie zmanierowani jeszcze masową turystyką i bardziej autentyczni niż w pozostałych miejscach w Azji, które zwiedziliśmy. W dodatku pozowanie do zdjęć kilkanaście razy dziennie było dość nowym dla mnie, ale miłym doświadczeniem.
Jeśli chodzi o Tajlandię to zakochaliśmy się w Chiang Rai, nasza motorowa wyprawa w góry udała się w 100% a Pu Chi Fa doprowadziła nas do opadu szczęki! Jestem mega szczęśliwa, że zdecydowaliśmy się właśnie na pętlę po dalekiej północy a nie na bardziej znaną Mae Hong Son Loop - w okolicach Chiang Mai przyroda nie była już taka bujna i zielona jak na północ od Chiang Rai! Nie do końca jednak byliśmy zadowoleni z naszego pobytu w Chiang Mai - uważam, że moglibyśmy go nieco skrócić na rzecz jeszcze jednej destynacji w Birmie (Inle Lake). Samo Chiang Mai nie zrobiło na nas tak pozytywnego wrażenia jak dwa lata temu - mam wrażenie, że rozrosło się, jeszcze mocniej skomercjalizowało i dostosowało pod białasów i straciło trochę ze swojego charakterystycznego, hippisowskiego vibe'u na rzecz fancy restauracji i resortów. Cieszyliśmy się z powrotu tutaj głównie ze względu na jedzenie, które jest w Ch. Mai absolutnie fenomenalne i najlepsze na świecie! Pisałam już też, że rozczarowało nas Sukhothai - Park Historyczny nie miał zbyt wiele do zaoferowania a samo Old Sukhothai okazało się dość nudnym miejscem - być może lepsze wrażenia mielibyśmy, gdybyśmy mieszkali w New Sukhothai.
Co do jedzenia, to tak jak pisałam - Chiang Mai nie ma sobie równych, a poza tym to w Tajlandii żywiłam się głównie ryżem z porkiem, omletami i stir fry z holy basil i chilli. Kuchnia mjanmarska okazała się dosyć specyficzna - jak dla mnie wiele dań było dość tłustych, zawiesistych i zbyt słonych, ale oczywiście równowagę stanowiły odświeżające sałatki z kiszonymi cytrynami i imbirem. Fajnie było się z nią zapoznać, ale nie będę za nią jakoś szczególnie tęsknić. W Birmie obżeraliśmy się za to na potęgę kuchnią indyjską - wszak do Indii stąd już całkiem blisko i faktycznie skosztowaliśmy tutaj najlepszych dali, paneerów i masali w całym naszym życiu.
Minusem tej podróży były też baaardzo długie przejazdy autobusami, które szczególnie w pozbawionej dróg Birmie bardzo nas wymęczyły, ale także w Tajlandii było ich sporo i żałuję, że nie zamieniliśmy busa na pociąg na trasie Chiang Mai - Sukhothai - Ayutthaya.
Jeśli chodzi o plan wycieczki, to gdybym miała organizować wyjazd ponownie, wyglądałby tak:
1. Lot z Bangkoku do Mandalay
2. Inle Lake
3. Bagan
4. Yangoon - dłużej!
5. Hpa An
6. Sukhothai na dosłownie pół dnia i koniecznie noclegi w New Sukhothai (jeżdzą tu busy z tajskiej granicy)
7. pociągiem do Chiang Mai - jeden, dwa dni
8. Chiang Rai i pętla po Golden Triangle + może o dzień dłuższy chill w Chiang Rai
9. lot z Chiang Rai do Don Mueng i stamtąd do Ayutthaya
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz