Strony

piątek, 1 marca 2019

Dzień 22 - Ayutthaya: Wat Chai Wattanaram, Wat Phra Si Sanphet, Wat Phra Ram (1 marca 2019)

Wstajemy wcześnie, aby uniknąć południowego skwaru i na rowerach ruszamy do mojej ulubionej ayutthayskiej świątyni - Wat Chai Wattanaram. Jest ona oddalona od pozostałych świątyń i leży nad rzeką. Jedziemy około 5 km, ale przejazd droga płynie szybko i miło, gdyż ruch na ulicach jest niewielki a Słońce nie pali jeszcze jakoś szczególnie bezlitośnie. 

Muszę przyznać, że w ciągu dwóch lat okolice Wat Chai Wattanaram znacznie się zmieniły - pamiętam, że kiedy byliśmy tutaj w 2016 roku siedzieliśmy w małej, lokalnej knajpce z widokiem na pole kapusty i było to jedyne miejsce w okolicy, gdzie można było wypić kawę. Obecnie zamiast naszej małej knajpki widzimy morze straganów z turystycznych crapem, niczym na wiejskim odpuście :/ Na terenie samej świątyni jest na szczęście niewiele osób i w spokoju możemy nasycić oczy przepięknymi stupami.







Wsiadamy na rowery i cofamy się w stronę miasta do Wat Phra Si Sanphet - świątyni zbudowanej w nieco odmiennym stylu niż pozostałe w Ayutthayi. Tutaj też zaszły spore zmiany - przede wszystkim odgrodzono spore części trawników i uczyniono je niedostępnymi do chodzenia a także kategorycznie zakazano wspinania się po ruinach - z poprzedniej wycieczki mam zdjęcia na górze świątyni, więc wtedy z pewnością wchodzenie było dozwolone.




Upał i głód zaczynają nam doskwierać, więc jedziemy na "naszą" ulicę w poszukiwaniu mrożonej kawy i jedzenia. Udaje nam się znaleźć całkiem przyjemną knajpkę, gdzie serwowany jest tylko i wyłącznie ryż z wieprzowiną - danie to jest wyborne, ale porcje mogłyby być większe. 

Po drodze spotyka nas też niemiła przygoda z bezpańskimi psami. Ogólnie w Azji mnóstwo jest psów mieszkających na ulicach, zazwyczaj w pobliżach świątyń - nie stanowią one jednak żadnego zagrożenia, gdyż są totalnie leniwe i bierne i zazwyczaj leżą całymi dniami zupełnie nieruchomo i nie reagując na nic. Tym razem, kiedy przejeżdżamy przez teren jakiejś buddyjskiej świątyni zrywają się niespodziewanie z chodnika (było ich chyba z kilkanaście) i zaczynają szczekać i biec za nami całą sforą a nawet kąsać w nogi i chwytać za torebkę, niemal zwalając mnie z roweru... W dodatku średnio mamy gdzie uciec i naprawdę się boję. Na szczęście udaje nam się ukryć na jakiś czas i stracić ich zainteresowanie.

Postanawiamy zakończyć tymczasowo zwiedzanie, bo skwar staje się nie do wytrzymania i przeczekać w hotelu. Wychodzę z niego jeszcze tylko na zakupy w lokalnym sklepie spożywczym, by obkupić się w sosy sojowe, chilli itp (nie mam pojęcia, jak spakujemy to do Polski ;)) i na obiad do knajpki na sąsiedniej ulicy. Zastanawiamy też, czy by nie wybrać się na zachwalaną przez właściciela ośrodka wycieczkę łodzią. Obejmuje ona rejs do trzech świątyń położonych przy rzece, oglądanie zachodu słońca i kończy się na nocnym markecie w pobliżu rzeki. Ostatecznie stwierdzamy jednak, że będzie tam za dużo ludzi i że lepiej udać się na zachód do jednej ze świątyń położonych w pobliżu, gdzie pewnie nie będzie nikogo, tak jak poprzedniego dnia - wybieramy Wat Phra Ram

Nie widać z niej może bezpośrednio zachodu Słońca, ale jesteśmy w świątyni absolutnie sami. Do tego światło jest fenomenalne, co w połączeniu z brakiem innych osób na tym terenie sprzyja robieniu fajnych zdjęć.





Wieczorem idziemy jeszcze ponownie na nocny market Bang Lan i cieszymy podniebienia lokalnym street foodem. Miejsce to zasługuje na uwagę - to prawdziwy, autentyczny targ dla lokalsów, gdzie nic nie jest robione pod turystów. To niestety nasz ostatni wieczór w Tajlandii - następnego dnia ruszamy z powrotem do Polski...

Ogólnie w Ayutthaya podobało nam się baaaardzo, jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Mimo iż od czasu, kiedy ostatnio tu byliśmy zdążyliśmy zobaczyć wiele innych, teoretycznie bardziej spektakularnych ruin, Ayutthaya to nadal jedno z naszych najulubieńszych miejsc na świecie. Świątynie są tu utrzymane w dobrym stanie, ale wciąż widać, że to ruiny - podczas odrestaurowywania zachowano ich klimat. Są też dużo bardziej różnorodne niż te w Sukhothai a samo miasteczko bije Sukhothai na głowę. Ayutthaya to miejsce z fajnym, nieco chillowym vibem, idealne do nabrania sił przed długą podróżą. Jeśli zwiedziliście już Bangkok, to polecam Wam mocno przed lotem do Polski zatrzymać się właśnie tutaj a nie w Bkk - wypoczniecie, zrelaksujecie się, unikniecie nadmiaru turystów i chaosu charakterystycznego dla stolicy Tajlandii a w dodatku na lotnisko dostaniecie się za śmieszne pieniądze - o czym opowiem w kolejnym wpisie ;)

Wydatki:
  • wejścia do świątyń - 50 bth za osobę/świątynię x6 = 300 bth
  • ryż z wieprzowiną w lokalnej knajpce - 60 bth x 2 = 120 bth
  • woda 10 bth
  • cola 15 bth
  • zakupy spożywcze - sosy sojowe, sosy rybne, sosy chilli w lokalnym sklepie - 244 bth
  • zakupy kosmetyczne w 7eleven - maseczki, żele aloesowe itp - 344 bth
  • mrożona kawa i tajska herbata w kawiarni - 65 bth 
  • obiad: holy basil pork + jajo + ryż = 60 bth, red curry + ryż = 90 bth
  • pranie 150 bth
  • woda 2 x 10 bth
  • nocny market: arbuz 20 bth, sok z trzciny  30 bth, sajgonki 30 bth, sushi 60 bth, duże frytki 50 bth



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz