Na dworzec Aung Mingalar w Yangoon docieramy przed siódmą czyli jakieś dwie godziny później niż było to planowane. Poprzedniego dnia sprawdzaliśmy na stronie www.myanmarbusticket.com połączenia do Hpa An, ale nie zdecydowaliśmy się na zakup, gdyż nie byliśmy pewni o której dotrzemy. Okazało się to dobrą decyzją ;) Sprawdziliśmy za to, jacy przewoźnicy realizują kursy do naszej kolejnej destynacji i oznaczyliśmy ich lokalizacje na mapsme. Było to strzałem w dziesiątkę, gdyż jak już pisałam Aung Mingalar to miejsce nie do ogarnięcia. Zajmuje on ogromny teren a przewoźników jest tu kilkudziesięciu - każdy w innym miejscu, nie ma żadnej zbiorczej tablicy odjazdów. W dodatku 99% opisanych jest tylko po birmańsku, więc to jeden z dwóch sposobów, by dostać się, tam gdzie chcemy. Drugim jest skorzystanie z pomocy miejscowych "przewodników", którzy za jakiś naprawdę drobny napiwek (1000-2000 kyatów) zaprowadzą Was do odpowiedniego miejsca. Od razu po pojawianiu się na dworcu zaczepi Was ktoś taki, więc nie ma strachu, że tu zginiecie.
My docieramy do siedziby Mi Ba Gone Express, która w żaden sposób nie była oznaczona po angielsku ;) Kupiliśmy bilety na godzinę 8:00. Koszt podczas kupna przez stronę intrernetową to 5,7 USD + pewnie jakieś prowizje za bilet a my na miejscu płacimy 6000 kyatów za sztukę, więc sporo taniej. Raczej nie trzeba się też martwić, że biletów zabraknie - jak skończą się miejsca siedzące, obsługa stawia w przejściu małe stołeczki i każdy na pewno się zmieści ;)
Mamy jeszcze godzinę, więc zostawiamy plecaki w poczekalni i postanawiamy ogarnąć jakieś śniadanie. Dworzec tętni życiem, jest tu milion ludzi i milion straganików z jedzeniem. Nas zaciekawia pani wydająca makaron z chilli i mięsną ryżankę. Lokalsi od razu z uśmiechem przesuwają się i nawołują byśmy usiedli z nimi przy wspólnym stole :). Porcja kosztuje 1000 kyatów a na stole jest mnóstwo przypraw, dodatków, bulion i herbata. Jedzenie jest pyszne i łącznie jemy aż trzy porcje a jedzenie na ceracie z lokalnymi ludźmi to fantastyczne doświadczenie, jedno z najmilszych podczas całej podróży.
Punktualnie o 8:00 ruszam w stronę Hpa An. Jeśli pisałam poprzednio, że droga do Bagan jest tragiczna, to na tę brakuje mi słów. Jedziemy po prostu traktem pośród miasteczek, jakieś 20 km na godzinę. W dodatku autobus skacze po wybojach jak szalony i 3/4 autobusu (w tym i ja i Bartek) umiera z powodu choroby lokomocyjnej. Na szczęście na wyposażeniu busa są specjalne woreczki ;) Kolorytu dopełnia fakt, że całą drogę na włączonym telewizorze i rozkręconych głośnikach leci lokalne disco polo a chłopak siedzący obok nas puszcza muzykę w podobnym stylu na swoim smartphonie. Co ciekawe, nie nudzi mu się to i nie ustępuje przez całe 6 godzin jazdy. Po drodze mamy jedną przerwę na przydrożnym foodkorcie, gdzie kupuję sobie ryż z owocami w liściach bananowca - pycha!
Wszystkie trudy rekompensuje przepiękny krajobraz małych miasteczek i urokliwych wiosek, które mijamy, a jakieś 20 km do celu z zielonych pól ryżowych zaczynają wyrastać wielkie, pojedyncze góry. Wokół domów rośnie mnóstwo bananowców i palm kokosowych i zaczynam czuć się tutaj jak w Delcie Mekongu!!!
Na miejsce docieramy o 14:00 czyli na szczęście 2 godziny szybciej niż było to przewidziane. Ogólnie tuż po wjechaniu do prowincji wyzbyłam się wszelkich wątpliwości, czy warto tu przyjechać, ale muszę przyznać, że gdybym miała wracać tą samą trasą, to chyba bym postanowiła popełnić w Hpa An samobójstwo... Jeśli decydujecie się na odwiedzenie Hpa An polecam obowiązkowo aviomarin, którego ja nie zażyłam, mimo iż miałam go na wyposażeniu. Zaopatrzcie się w leki na chorobę lokomocyjną nawet jeśli nigdy jej nie doświadczacie - Bartek nie ma z tym żadnych problemów, a tutaj też umierał...
Autobus zatrzymuje się w centrum miasta, przy zegarze, jakiś kilometr od naszego zabukowanego guest housu. Od razu zaważamy, że jest tu dużo goręcej niż w poprzednich miejscowościach, które odwiedziliśmy.
Nasz hotel Than Lwin Pyar Guest House jest chyba najładniejszym miejscem, w jakim dotychczas spaliśmy, ale jest też dosyć drogi - za trzy noce ze śniadaniami płacimy 113 000 kyatów czyli około 280 złotych. Obsługa jest bardzo miła i kompetentna, od razu zamawiamy sobie motor na trzy dni i taksówkę do granicy, ale niestety nie ma w okolicy żadnej pralni. Pierwszy raz w Azji spotykamy się z trudnościami ze zrobieniem prania!
Po krótkim odpoczynku ruszamy poszukać jedzenia, ale jest chyba zdecydowanie na wcześnie i w końcu trafiamy do lokalnej kawiarenki na otwartym powietrzu na kawę. Przemiły pan oferuje nam też domowej roboty ciasto ryżowe i kokosowe za 100 kyatów za kawałek (25 groszy!!!). Jest ono tak przepyszne, że zjadamy 8 kawałków i kończymy obżarci :)
Budują się tutaj też masowo hotele, więc stawiam na wielki rozwój turystyki w Hpa An w niedalekiej przyszłości. Kiedy wyjeżdżamy z miasta zaczynają się góry! Jest obłędnie. Docieramy do Pagody trochę za późno, bo słońce już zaszło, ale i tak cieszymy się urokiem tego miejsca. Nie ma tu zbyt wielu ludzi a jak już jacyś się trafią, to są to sami lokalsi, którzy oczywiście chcą mieć z nami zdjęcia :) Tuż za Pagodą znajduje się słynna góra Zwegabin, a którą planujemy wejść kolejnego dnia. Obchodzimy jeziorko dookoła i chillujemy się kilkadziesiąt minut w ciszy i spokoju.
Później kierujemy się na obłędny nocny market nad jeziorem Kan Thar Yar. Zapowiada się fantastycznie - jest tu mnóstwo straganów z jedzeniem i sami lokalsi! Jesteśmy jednak jeszcze obżarci ciastem, więc decyduję się tylko na bułeczkę typu wietnamskie Ban Bao - znów czuję się, jak w Delcie Mekongu - i arbuza :)))
Wydatki:
Wydatki:
- 6000 kyatów x 2 - bilety z Yangoon do Hpa An kupione na dworcu
- 400 kyatów - miejscowy red bull na dworcu
- 3 x 1000 kyatów - 3 porcje śniadania na dworcu
- 2 x 500 kyatów - 2 podwójne zawiniątka ryżu w bananowcu
- 113000 kyatów - 3 noce w Thanlwin Pyar Guesthouse pokój budget z dwoma łóżkami i prywatną łazienką + śniadania
- 20 000 kyatów - motor na 2,5 dnia (8000 kyatów za dzień)
- 1400 kyatów - dwie kawy i 8 kawałków ciasta w lokalnego pana
- 500 kyatów - bułeczka typu bahn bao na nocnym markecie
- 400 kyatów - 2 kawałki arbuza na nocnym markecie








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz