Strony

niedziela, 10 lutego 2019

Dzień 3 - Yangoon: spacer po mieście i po świątyniach (10 lutego 2019)

W planach mamy wstać rano i rozpocząć dzień podróżą pociągiem dookoła miasta, jednak ostatecznie wstajemy o 11:00, nie zdążamy na śniadanie i uznajemy, że na pociąg też za bardzo nie ma czasu :( Decydujemy się więc na mały spacer po mieście i po świątyniach, idziemy według mniej więcej takiej trasy - rozpoczynając zwiedzanie od najdalszej świątyni a kończąc na najbliższej.



Ponieważ nie wstaliśmy na hotelowe śniadanie, wstępujemy do lokalnej garkuchni na jakieś birmańskie curry. Porcje zawierają zupę (nazywaną przez nas gotowaną na szmacie ;) nie jest jednak zła, zawiera jakieś kwaszonki i dużo zielska), dużo ryżu i trochę wybranego dodatku. Mamy jakieś mięso i rybę w aromatycznych sosach. Jak się później przekonujemy dużo ryżu + mało dodatków to charakterystyczna cecha birmańskiej kuchni ulicznej. Niemniej porcja kosztuje 1000 kyatów, więc nie ma co narzekać ;)



Spacer mimo upału jest bardzo przyjemny. Ruch w Yangoon jest bardzo niewielki, na drogach w ogóle nie ma motorów. W dodatku miasto jest wyjątkowo zielone - naszą uwagę zwracają doniczki z roślinami stojące przed każdym domem.  Jeśli chodzi o architekturę to bardzo przypomina nam Ho Chi Minh (oczywiście nie pomylicie obu miast ze względu na skrajnie różne natężenie ruchu motorowego ;)).













Docieramy najpierw do Ngar Htat Gyi Pagoda, która wygląda jak wielki park - jest to spokojnie, można posiedzieć i poczytać książkę albo popatrzeć na panoramę okolicy. Najważniejszym punktem świątyni jest wielki posąg Buddy. W zasadzie nie ma tu turystów. Spotykamy tylko kilku lokalnych pielgrzymów, którzy koniecznie chcą zrobić sobie z nami zdjęcia. W ciągu całego dnia w Yangoon spotykamy może ze dwie białe osoby - przygotujcie się więc, że będziecie dla lokalsów sporą atrakcją, gdyż większość osób w świątyniach to mieszkańcy wiosek, którzy przybywają tutaj w celach religijnych i za często nie widują białych ludzi. Dziwni mnie jednak, że na ulicach nie spotykamy większej ilości białych - widać większość traktuje Yangoon tylko jako punkt przesiadkowy i od razu ucieka dalej. Nie popełniajcie tego błędu! Yangoon jest boskie!





Po przejściu przez cały ogród jakim otoczona jest świątynia i przekroczeniu ulicy trafiamy do Chauk Htat Gyi Pagoda, w której znajduje się 65 metrowy posąg leżącego Buddy. Jest tu dużo pielgrzymów i znowu nie trafiamy na żadnych białasów. Przed wejściem na schody, które prowadzą do świątyni zaczepia nas lokalny pan, który oferuje przejście do świątyni przez jakąś szkołę mnichów, sugerując, że to właściwe wejście- nie wiem, jakie ma zamiary, pewnie chce być naszym przewodnikiem za kilka tysięcy kyatów, ale profilaktycznie dziękujemy mu i idziemy dalej pod górę aż trafiamy do świątyni przez wchodzenia do środka budynku.




W tym miejscu trzeba dodać, że obie odwiedzone świątynie nie są żadnymi cudami architektury - zbudowane są w zasadzie w jakiś metalowych hangarach a elementy konstrukcji wyglądają dosyć dziwnie w połączeniu z sakralnymi elementami wystroju ;)

Po odwiedzeniu tej świątyni zatrzymujemy się na kawę w eleganckiej, klimatyzowane kawiarni i po kilkunastu minutach odpoczynku ruszyć w stronę najważniejszej świątyni w Yangoon - Szwedagon Pagoda. Mimo iż mam na sobie długą spódnicę i tak muszę wypożyczyć przy wejściu okrycie na nogi, gdyż moja spódnica ma rozporki. Depozyt to 10000 kyatów, ale wypożyczona szmatka podoba mi się tak bardzo, że chętnie bym uciekła z nią, zapominając o depozycie ;). Wstęp do Szwedagon kosztuje 10000 kyatów od osoby i jest to jedyna biletowana świątynia w Yangoon, jaką odwiedziliśmy.

Świątynia składa się z dużego placu i wielu złotych stup dookoła, z jedną główą, tę najbardziej znaną i najświętszą, która akurat jest w trakcie remontu i zasłonięta jest czymś w rodzaju tektury ;) Mimo wszystko wygląda imponująco. Na terenie świątyni znajduje się też niewielkie muzeum buddyzmu (lub czegoś takiego;)).








Stosunkowo niedaleko Szwedagon znajduje się ostatnia odwiedzona przez nas tego dnia świątynia - Maha Wizaya Pagoda, która zwraca uwagę nietypowym wnętrzem.







Po drodze decydujemy się na kawę i sałatkę w muzułmańskiej restauracji w centrum i pierwszy raz jemy słynną birmańską sałatkę z kiszonych liści herbaty. Bardziej niż herbatę czuć tutaj czosnek i imbir, ale trzeba przyznać, że jest bardzo orzeźwiająca i oryginalna.


Docieramy do hotelu, myjemy się, pakujemy i prosimy pana, by zamówił nam taxi na dworzec Aung Mingalar, z którego to mamy autobus do Bagan (bilety kupiliśmy przez internet, przez stronę 12goasia.com, jeszcze w Polsce). Pan łapie taksówkę z ulicy i zgodnie z tym, o czym czytaliśmy, kilku taksówkarzy odmawia wzięcia kursu - dworzec znajduje się 20 km od centrum, trzeba przejechać całe miasto, by się tam dostać i podobno w godzinach szczytu to kilkugodzinna przejażdżka (my profilaktycznie zaczynamy łapać taxi o 17:30 a autobus mamy o 21:00). W końcu ktoś się godzi nas zabrać, pan z hotelu ustala z kierowcą cenę na 10000 kyatów, co i tak jest ponad 2 razy niższą ceną niż oczekiwałam zapłacić za ten nielubiany kurs, bazując na danych z internetu i ruszamy w drogę. Korki nie są jakieś straszne, w zasadzie na dworzec przedostajemy się dosyć płynnie i o 18:30 jesteśmy na miejscu. Przed wzięciem kursu taksówkarz spyta Was zawsze, z jakim przewoźnikiem jedziecie, gdyż dworzec jest przeogromny a każdy operator autobusowy ma swoją budkę i parking ;) To też sprawiło, że nie zdecydowaliśmy się na autobus, który podchodzi podobno spod Sule Pagoda i kosztuje 200 kyatów - poszczególne sektory dworca są oddalone od siebie o kilka kilometrów! Ale jeśli macie dość czasu i mały bagaż to możecie spróbować. Bus nr 36!

Na dworcu meldujemy się  w budce naszego przewoźnika - Bagan Min Tha, zostawiamy bagaże i idziemy do jakiegoś dworcowego baru, gdzie spędzamy ponad dwie godziny pijąc piwo i jedząc lokalne chipsy ;)

Wyruszamy jakieś 20 minut przed czasem, bo wszyscy pasażerowie są już na pokładzie i rozpoczynamy walkę o życie z klimatyzacją, która postanowiła sobie za cel nas zamrozić... Czytałam o słynnej klimatyzacji w busach na trasie do Bagan, ale sądziłam, że mając na sobie skarpetki, bluzę, szalik jestem przygotowana... Nic bardziej mylnego, w środku było około 13 stopni a jazda trwała ponad osiem godzin... MA-SAK-RA!

Czy udało nam się dożyć do rana, przeczytacie w kolejnym poście ;)

A podsumowując naszą wizytę w Yangoon - bardzo nam się podobało! Mały ruch, zero białych turystów, mili ludzie, pozowanie do selfie co 100 metrów, co dwa kroki "hello" i machanie ;) W dodatku mnóstwo zieleni i bardzo fajny vibe, jaki odczuliśmy podczas naszej wizyty. No i to chyba najtańsze miejsce, jakie kiedykolwiek zwiedzaliśmy ;) Bardzo żałujemy, że nie zostaliśmy tutaj dzień dłużej i nie przejechaliśmy się kolejką.

WYDATKI:
  • 1000 kyatów x 2 = 2000 kyatów -2 x  uliczne curry z garkuchni
  • 3175 kyatów - dwie kawy w eleganckiej kawiarni
  • 3 x 500 kyatów - trzy wody litrowe ze straganu pod świątyniami
  • 500 kyatów - sok z trzciny cukrowej
  • 10000 kyatów x 2 = 20000 kyatów za wstęp do Szwedagon dla 2 osób
  • 3400 kyatów - dwie kawy, dwie herbaty, sałatka z zielonej herbaty w knajpce w centrum
  • 10000 kyatów - taksówka z hotelu w centrum do dworca Aung Mingalar w szczycie (20km)
  • 5000 kyatów - 4 piwa + 2 paczki lokalnych chipsów
  • 18 $ x 2 = 36$  + przewalutowanie, za dwa miejsca w nocnym busie do Bagan, kupione w Polsce przez stronę 12goasia.com (przewoźnik Bagan Min Tha)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz