Początkowo droga nie jest taka zła i przypomina średniej klasy drogę w Polsce, ale gdzieś 100 km do celu zaczynamy praktycznie jechać przez gruntowe, wiejskie drogi i tempo wycieczki gwałtownie spada... Po godzinie czwartej birmańskie wioski budzą się do życia, rozpoczyna się handel, ludzie gromadzą się na straganach z jedzeniem, obserwujemy nawet poranny pochód mnichów w miejscowości całkiem niedaleko Bagan. Obserwacja tego byłaby całkiem przyjemna, gdyby nie temperatura panująca w autobusie. Kiedy po około 9 godzinach drogi wysiadamy w końcu w docelowej miejscowości, czujemy się jak kostki lodu...
Kiedy przybywacie do Bagan możecie zatrzymać się w New Bagan, Old Bagan albo Nyaung-U. My zdecydowaliśmy się na tę ostatnia miejscowość, gdyż znajduje się najbliżej dworca autobusowego Shwe Pyi, do którego docierają busy z Yangoon. Początkowo braliśmy pod uwagę przejście dystansu do hotelu pieszo (około 5km), ale odnoszę wrażenie, że przewoźnicy celowo wyziębiają pasażerów, by ci marzyli tylko o jak najszybszym transferze do łóżka ;) i także my o tej 5:00 byliśmy w stanie zapłacić każdą cenę za taxi ;). Cena na tablicy mówiła o 8000 kyatów za przejazd a taksówkarze zażądali sobie... 30 000 kyatów. Stanęło w końcu na 15 000, co i tak jest zawyżoną ceną, ale ostatecznie nie mieliśmy ochoty dalej negocjować...
Nasz hotel Golden Myanmar Guesthouse nie był może najnowszych i najpiękniejszym przybytkiem, ale rodzinka prowadząca ten przybytek tak ujęła nas swoją uprzejmością i uczynnością, że w pełni rozumiem zawyżone oceny na booking.com. Trzeba też przyznać, że nasz pokój był wypucowany na wyjściowo :). Jak nie szukacie luksusów, to mogę ten przybytek z czystym sercem polecić.
Musieliśmy jakieś dwie godziny czekać na zwolnienie naszego pokoju i w tym czasie zdecydowaliśmy się na hotelowe śniadanie - jajka, tosty, kawa, herbata, soki i owoce za 2000 za porcję. Podawane było na uroczym taraso-balkonie, gdzie poznaliśmy całkiem miłą Chinkę, z którą rozmawialiśmy do czasu sprzątnięcia naszego pokoju.
Po krótkiej drzemce wypożyczamy e-biki (w Bagan turyści nie mogą wypożyczać motoru) i ruszamy na eksplorację świątyń. Wszędzie czytałam, że busy jadące do Bagan zatrzymują się po drodze w punkcie kontroli, by turyści mogli zakupić bilety wstępu do strefy archeologicznej - nasz tego nie zrobił i dowiedzieliśmy się, że bilety możemy kupić przy świątyniach. W żadnej ze świątyń, które odwiedziliśmy w pierwszych godzinach przejażdżki biletów nie sprzedawano a strażnicy mówili nam, że nie ma problemu i możemy sobie wchodzić do woli ;) Czułam się z tym trochę źle i ostatecznie chciałam jak najszybciej dostać się do jednej z tych najbardziej znanych i największych świątyń, by kupić bilety i zwiedzać na legalu ;) Pamiętajcie, że bardziej opłaca się płacić za wstęp w kyatach niż w dolarach, gdyż cena to 25 000 kyatów albo 25 dolarów czyli albo 63 złote albo 95 złotych ;)
Zwiedzamy raczej na czuja, jeżdżąc po prostu po okolicy bez planu i zatrzymując się przy świątyniach, które z jakiegoś powodu nas ciekawiły. Raczymy się też jednym z moich azjatyckich highlightów czyli sokiem z trzciny cukrowej.
Zgodnie z przewidywaniami, wszystkie świątynie mają zaryglowane wejścia na górę - jest to wynik licznych trzęsień ziemi, które regularnie nawiedzają Bagan. Kilka miesięcy temu miał miejsce śmiertelny wypadek i ostatecznie zaniechano wpuszczania turystów na górę nawet w małych świątyniach. Oczywiście da się ten zakaz obejść, ale o tym później.
Po jakiś trzech godzinach zwiedzania jedziemy na obiad do indyjskiej restauracji Indian Hut. Mój paneer mahkani to totalny sztos a Bartek również nie żałuje wyboru!
Posileni jedziemy na zachód słońca, na wzgórza, które obczailiśmy wcześniej podczas błądzenia między świątyniami. Są to punkty oznaczona na mapsme jako O Bo Gon Hill i Thabeik Hmauk w pobliżu Sulamani Temple.
Widok jest fajny, ale niczego nie urywa :) Po zachodzie krążymy jeszcze między świątyniami...
Kiedy robi się już szaro trafiamy do świątyni Ta Wet Hpaya, która robi nas piorunujące wrażenie. Stoi sobie na pustkowiu, w pobliżu nie ma absolutnie nikogo. Kiedy podchodzi się do jej okien nagle wyłania się patrzący na nas ze środka posąg Buddy - i tak z każdej ze stron, bo wielkie posągi są aż cztery. Jest to strasznie przerażające i w zasadzie uciekamy stamtąd w popłochu, do tego stopnia, że kasuję z telefonu zdjęcie tych Buddów ;)
Wieczorem idziemy jeszcze na miasto na zupę i piwo :) Knajpki są pełne lokalnych mężczyzn chillujących się przy tutejszym piwie i ogólnie w całym miasteczku (które w sumie jest jedną ulicą z odnogami) panuje bardzo fajny, relaksujący klimat :)
Wydatki:
- 15000 kyatów - taksówka z dworca do hotelu
- 2x2000 kyatów - dwa śniadania w hotelu
- 89000 kyatów - trzy noclegi ze śniadaniem w Golden Myanmar Guest House (budget twin room)
- 13250 kyatów - obiad w indyjskiej restauracji (dwa dania, dwie porcje nanów, piwo, kawa)
- 25000 kyatów x 2 - wstęp do strefy archeologicznej Bagan
- 12000 - lokalna spódnica dla Bartka
- 6200 kyatów - 2xzupa, kilka piw w lokalnej knajpce
























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz