Naszą podróż rozpoczynamy od przejechania pociągiem z Bydgoszczy do Warszawy Zachodniej i następnie SKM na stację przy lotnisku. Wszystko idzie bardzo sprawnie i w zasadzie po niecałych 4 godzinach meldujemy się na lotnisku Chopina. Szybko odprawiamy się i spędzamy czas na oczekiwaniu na boarding.
Lecimy po raz kolejny liniam Qatar Airways, które jak zawsze nie zawodzą i wszystkie boardingi i przeloty odbywają się w wyznaczonym czasie. Kilka tygodni przed wylotem zamawiamy dla siebie posiłki Asian Vegetarian, które według mnie są najlepsze, jeśli chodzi o tę linię, więc z jedzenia na pokładzie jesteśmy bardzo zadowoleni (Qatar ma chyba z 20 opcji posiłków do wyboru, można sobie wybrać dowolny, bezpłatnie w zakładce "manage your booking" - tam gdzie wybieracie siedzenia, jednak trzeba to zrobić wcześniej, przed wylotem. Na pokładzie z reguły do wyboru są 2-3 opcje.). Na przesiadkę w Doha mamy około 2,5 godziny, co jest idealnym czasem, by przesiąść się bez pośpiechu ale i nie wynudzić się zanadto na lotnisku. O godzinie 12:20, jakieś 20 minut przed planowanym przylotem lądujemy w Bkk.
Stajemy w kolejce do odprawy paszportowej (Polacy na 30 dni nie potrzebują wiz), zbieramy nasze bagaże, myjemy się i przebieramy w łazience, wymieniamy 100$ na baty (2949 bth) i udajemy się w stronę darmowego shuttle busa na lotnisko Don Mueng. Wyjście do niego znajduje się na drugim piętrze, w okolicy 3 wyjścia z hali przylotów. Aby skorzystać z darmowego przejazdu trzeba przedstawić obsłudze stanowiska bilety na kolejny lot tego samego dnia. Dostaje się w zamian pieczątkę na ręce i można zająć miejsce w wygodnym i mocno klimatyzowanym autobusie. Myślałam, że mogą być do niego jakieś kolejki albo że będzie wypełniony po brzegi, ale nic takiego nie ma miejsca. Ruszamy po około 20 minutach oczekiwania. Bus kursuje co 20-30 minut.
Przez okno podziwiamy Bangkok.
Na Don Mueng docieramy po niecałej godzinie. Bartek decyduje się zostać na lotnisku i zjeść jakiś nieprawdopodobnie drogi obiad za 500 bth a ja udaję się na drugą stronę autostrady, popatrzeć, jak wygląda Don Mueang i przygarnąć jakieś uliczne jedzenie (decyduję się na smażone ryżowe kule) i tajską herbatę. Znajduje się tutaj wiele hoteli i sporo straganów z jedzeniem, więc spokojnie można zatrzymać się tutaj na noc, jeśli ktoś ma lot kolejnego dnia.
Lotnisko w Don Mueang nie jest najlepszym miejscem do chillowania, bo tłok jest tutaj nieziemski... Aby dostać się na lot do Yangoon trzeba już przy odprawie pokazać wizę. Lot ma niewielkie opóźnienie, ale w końcu docieramy na miejsce - zaskakuje nas fakt, że w Birmie czas przesunięty jest o pół godziny w stosunku do Bangkoku! Na miejscu jesteśmy około 22:00. Wymieniamy też 500 dolarów na kyaty - chyba nigdy nie miałam w rękach takiego grubego pliku pieniędzy (1$ - 1518 kyatów)! Na lotnisku nie ma tłumów, więc szybko idziemy do kontroli paszportowej (posiadając e-visę nie trzeba stać w kolejce visa on arrival, tylko od razu można iść właśnie do kontroli). Pamiętajcie też, by e-visę trzymać w paszporcie aż do wyjazdu z Birmy!
Po kilkunastu minutach opuszczamy lotnisko i udajemy się stronę postoju taksówek. Ceny są ustalone z góry i za przejazd do miasta życzą sobie 15 000 kyatów (10 dolarów). Udaje nam się stargować cenę do 13 000, ale ostatecznie i tak dajemy panu 15 ;) Przejeżdżamy około 20 km...
Docieramy do naszego hotelu - Backpacker Bed & Breakfast. Obsługa jest bardzo miła, nasz pokój wydaje się okej, choć w niektórych miejscach śmierdzi kocim moczem ;) Niemniej nie ma co narzekać. Ponieważ nieoczkiewanie wstępują w nas nowe siły, udajemy się na miasto. Pan z hoteu zapewnia nas, że miasto jest bezpiecznie i spokojnie można spacerować w nocy. Idziemy około kilometr do China Town, które widzieliśmy z okien taksówki - całe ozdobione jest lampionami i wypełnione straganami z jedzeniem.
Decydujemy się na typowy azjatycki przysmak na Nowy Rok - pastę z fasoli a także na przepyszne wontony. Podoba nam się to, że cała akcja ze straganami i obchodami wygląda na typowo lokalną - nie widać tu turystów. Czujemy się bardzo bezpiecznie a ludzie wydają się naprawdę mili i uprzejmi. W dodatku wydaje się, że sporo osób mówi tu po angielsku. Trafiamy w końcu do lokalnej restauracji, gdzie siedzimy wśród miejscowych, którzy zagadują do nas i są bardzo otwarci i przyjaźnie nastawieni. Pijemy lokalne piwo a Bartek kusi się na pyszną zupę tom yum, którą spokojnie najadłyby się dwie osoby.
Muszę przyznać, że Yangoon robi na nas tak pozytywne wrażenie - i to od pierwszego wejrzenia - że w ogóle nie czujemy zmęczenia. W końcu jednak celebracja kończy się, ludzie rozchodzą się do domów, więc i my wracamy do hotelu wyspać się :) Zapowiada nam się fantastyczna podróż :)
WYDATKI:
- 500 bth - jedzenie i piwo na lotnisku
- 40 bth - dwie kule z ryżu z lokalnego straganu w okolicach lotniska Don Mueng
- 45 bth - tajska herbata z mlekiem
- 15000 kyatów - taksówka z lotniska do hotelu (20 km)
- 63000 kyatów - dwa noclegi w Backpacker Bed&Brekafast, pokój dwuosobowy standard z klimatyzacją i śniadaniem, przez booking,com, płatne w gotówce na miejscu pod koniec pobytu
- 1000 kyatów - wontony na China Town
- 1000 kyatów - przekąska noworoczna z fasoli
- 7500 kyatów - wielka zupa tom yum w restauracji na China Town + 4 piwa (2 x kija, 2 z butli)
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz