Tego dnia wstajemy o godzinie 6:00, wsiadamy na motor i pędzimy w kierunku Strefy Archeologicznej, aby obejrzeć słynny bagański wschód Słońca. Trzeba przyznać, że o tej porze na zewnątrz i na motorze jest naprawdę zimno, także pamiętajcie, by ubrać się odpowiednio!
Kiedy jedziemy w stronę wzgórz, z których oglądaliśmy dzień wcześniej zachód słońca, zaczepia nas lokals i proponuje, że pokaże nam otwartą świątynię, z której można będzie podziwiać ten wyjątkowy spektakl. Pytamy oczywiście "how much", ale pna mówi, że jest artystą i sprzedaje obrazy i miło mu będzie jak później podjedziemy do niego je obejrzeć, ale nie musimy kupować czegokolwiek ;) Jedziemy więc za nim około 2 km i trafiamy do małej świątyni oznaczonej na mapsme jako "1415", znajdującej się w pobliżu Mingalar Zedi Pagoda.
W świątyni znajduje się około 10 innych osób, więc atmosfera jest dosyć kameralna i możemy w spokoju i ciszy kontemplować niesamowity spektakl balonów przelatujących na tle wschodzącego Słońca. Co ciekawe, chłopak, który nas przyprowadził żegna się i idzie w kierunku "swojej" świątyni (W Birmie każdy artysta ma "swoją" świątynię, gdzie siedzi sobie cały dzień i maluje obrazy), więc naprawdę nie wywiera na nas żadnej presji zakupu obrazu ;).
Po nacieszeniu się tą atrakcją postanawiamy znaleźć jednak świątynię naszego artysty, gdyż i tak planowaliśmy kupić sobie tutejszy obraz na pamiątkę - są one malowane specjalną techniką, podobno piaskiem. Chłopak dumny z siebie pokazuje nam swoje dzieła i wybieramy sobie jeden, według nas najładniejszy. Obrazy te może są podobne do siebie, ale jest to jednak rękodzieło a nie pamiątki sprowadzone z Chin i na pewno wisząc w salonie będzie nam codziennie przypominał to spełnione marzenie :)
Wracamy do hotelu na śniadanie - dostajemy naleśniki, owoce i tosty. Bartek postanawia iść spać, a ja biorę sobie mały e-bike i ruszam sama na podbój Strefy Archeologicznej. Jeżdżę sobie kilka godzin po terenie New i Old Bagan i muszę przyznać, że jazda skuterem po Bagan jest całkiem przyjemna. Ruch jest tutaj naprawdę niewielki a kierowcy jeżdżą w miarę bezpiecznie, nie wymuszają pierwszeństwa, nie szaleją - można spokojnie popróbować jazdy, nawet jeśli nie macie zbytnio doświadczenia. Zwłaszcza, że e-skuter nie osiąga zawrotnych prędkości.
Trafiam też na jeszcze jedną otwartą świątynię, na którą można wejść - mieści się w okolicy Black Elephant - sklep monopolowy, tuż przy głównej ulicy, ale niestety nie ma na mapach żadnej nazwy.
Na obiad udajemy się ponownie do Indian Hut - jedzenie po raz kolejny nas powala na kolana!!! To naprawdę chyba najlepsza indyjska restauracja, w jakiej jadłam! Potem jedziemy wspólnie odwiedzić dwie świątynie, które są chyba otoczone największym religijnym kultem przez lokalnych ludzi - piękną, białą Ananda Temple i złotą Shwezigon Pagoda:
Na kolację postanawiamy skupić się na lokalnej kuchni i trafiamy na mjanmarski bufet Nu Wa Myanmar Buffet Restaurant, gdzie za 4500 kyatów możemy próbować do woli kilkunastu typowo birmańskich potraw. Knajpka znajduje się nieco na uboczu od głównej trasy i faktycznie żywią się tutaj tylko lokalne rodziny, nie ma żadnych turystów. Jest to dokonała okazja, by wyrobić sobie zdanie o birmańskiej kuchni - dla mnie smakuje ona nieco dziwnie. Przyrządzają naprawdę pyszne mięsa i robią do nich zawiesiste i aromatyczne sosy. Fantastycznie smakują też odświeżające sałatki z prażonymi strączkowymi. Ważnym dodatkiem są tutaj kiszonki - przede wszystkim w postaci kiszonych cytryn czy też limonek. Charakterystyczną rzeczą w Birmie jest podawanie tak zwanych "side dishes" czyli obok głównej potrawy serwuje się liczne dodatki, podane na małych talerzykach obok. Fajna jest też obecność surowych ziół i warzyw przy każdym posiłku - przypomina to wietnamskie zwyczaje. Wszystkie dania mają jednak pewien charakterystyczny posmak - nie wiem, jaka przyprawa za niego odpowiada, ale jest dość kontrowersyjny. Jedzenie birmańskie jest też jak na mój gust trochę za słone i zbyt tłuste, takie mocno "gravy". Ogólnie jem wszystko ze smakiem, ale nie jest to taki sztos jak kuchnia tajska czy indyjska ;)
Na kolację postanawiamy skupić się na lokalnej kuchni i trafiamy na mjanmarski bufet Nu Wa Myanmar Buffet Restaurant, gdzie za 4500 kyatów możemy próbować do woli kilkunastu typowo birmańskich potraw. Knajpka znajduje się nieco na uboczu od głównej trasy i faktycznie żywią się tutaj tylko lokalne rodziny, nie ma żadnych turystów. Jest to dokonała okazja, by wyrobić sobie zdanie o birmańskiej kuchni - dla mnie smakuje ona nieco dziwnie. Przyrządzają naprawdę pyszne mięsa i robią do nich zawiesiste i aromatyczne sosy. Fantastycznie smakują też odświeżające sałatki z prażonymi strączkowymi. Ważnym dodatkiem są tutaj kiszonki - przede wszystkim w postaci kiszonych cytryn czy też limonek. Charakterystyczną rzeczą w Birmie jest podawanie tak zwanych "side dishes" czyli obok głównej potrawy serwuje się liczne dodatki, podane na małych talerzykach obok. Fajna jest też obecność surowych ziół i warzyw przy każdym posiłku - przypomina to wietnamskie zwyczaje. Wszystkie dania mają jednak pewien charakterystyczny posmak - nie wiem, jaka przyprawa za niego odpowiada, ale jest dość kontrowersyjny. Jedzenie birmańskie jest też jak na mój gust trochę za słone i zbyt tłuste, takie mocno "gravy". Ogólnie jem wszystko ze smakiem, ale nie jest to taki sztos jak kuchnia tajska czy indyjska ;)
Po tej wyżerce idziemy jeszcze na piwo do Swe Thahar San Restaurant, gdzie Bartek jadł obiad i totalnie opici i obżarci lądujemy w hotelu.
WYDATKI:
- 35000 kyatów - obraz 65cm x 26 cm od lokalnego artysty bez targowania
- 4000 kyatów - Bartka obiad w Swe Thahar Restaurant (tom yum, dwie kawy)
- 10000 kyatów - obiad + piwo w indyjskiej knajpce Indian Hut (dal makharani, nany itp)
- 1000 kyatów - sok z trzciny cukrowej
- 7000 kyatów - spodnie pod świątynią (stargowane z 12000 kyatów)
- 1000 kyatów - 3 pocztówki
- 500 kyatów - woda 1litr
- 9500 kyatów - 2xbufet + woda w Nu Wa Buffet
- 4000 kyatów - dwa duże piwa w butelce w Swe Thahar
- 24000 kyatów - skutery na 3 dni






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz