O szóstej wstajemy, pakujemy manatki i jedziemy z powrotem na Phu Chi Fa na wschód Słońca. Dojeżdżamy motorem do parkingu, wstępujemy na pobliski stragan na poranną kawę (no Wietnam to niestety nie jest, więc zadowalamy się Nescafe 3w1 ;)) i ruszamy około 500 m pieszo pod górę. Po około 20 minutach jesteśmy na górze. Oprócz nas jest tutaj tylko (lub też aż ;)) chińska wycieczka. Wschód Słońca jest spektakularny a mgła przetaczająca się nad dolinami to po prostu opus magnum wśród pięknych widoków. Chińczycy jak to Chińczycy - zachowują się jak bydło, hałasując, klaszcząc, krzycząc, więc o cichej zadumie nad sensem życia na górskim szczycie możecie pomarzyć ;) W wikitravel opisane jest, że główną atrakcją są lokalne dzieciaki tańczące ludowe tańce w lokalnych strojach górskich plemion - tak, są tutaj dzieciaki, poprzebierane w jarmarczne stroje niczym z chińskiego centrum handlowego, wyginające się do... "gangam style" i tego typu hitów. Serio. Nie przesadzam. Chyba lokalne tradycje ewoluowały ;). Ogólnie jeśli traficie do Phu Chi Fa nie namawiam Was do ominięcia wschodu Słońca, bo widok jest spektakularny i nieziemski, ale warto zaliczyć też zachód - poczuć spokój i magię tego miejsca.
Do Pu Chia Fa organizowane są wycieczki z Chiang Rai, właśnie na wschód Słońca, ale podobno można dostać się tutaj też na własną rękę innym sposobem niż motor - trzeba złapać na dworcu w Chiang Rai busa do Thoeng a stamtąd songthaewa do Pu Chi Fa, ale podobno są też bezpośrednie busy do Phu Chia Fa. Jak dla mnie droga motorowa wygrywa, ale raczej koniecznie potrzebny jest lepszy motor i jednak trochę doświadczenia w prowadzeniu go, jeśli chodzi o technikę.
Po godzinie postanawiamy ruszać dalej - naszym kolejnym celem jest Doi Pha Tang, szczyt oddalony o dwadzieścia kilometrów. Jedziemy dalej drogą 103, podziwiając górskie krajobrazy. Na tej trasie widać kilka świetnych ośrodków - składają się z totalnie basikowych domków, takich dosłownie budek, ale zlokalizowanych na samym zboczu góry z majetstatycznym widokiem na doliny, dosłownie pośrodku niczego. Jak ktoś chce się gdzieś zaszyć i kontemplować sens istnienia, myślę, że nie ma lepszego miejsca!
Po drodze tankujemy motor w samoobsługowej stacji (paliwo jest dwa razy droższe niż w mieście) a już przed wejściem na Doi Pha Tang wstępujemy na lokalny stragan na zupę :) Pani sprzedająca zupę prowadzi też degustację lokalnego wina, więc kupujemy 3 butelki na prezenty. Myślę, że to bezpieczniejsza opcja niż myanmarska whisky ;).
Zostawiamy motor na parkingu i ruszamy na punkt widokowy (a w zasadzie trzy punkty) - do przejścia jest jakieś 500 metrów pod górę, ale muszę przyznać, że upał daje się we znaki i mimo niewielkiej odległości jest ciężko. Widoki są piękne, ale nie aż tak spektakularne jak na Phu Chi Fa ;)
Dalej ruszamy drogą 4029 w kierunku Chiang Khong - miasteczka, w którym znajduje się przejście graniczne do Laosu. Po jakiejś godzinie jazdy zaczynamy zjeżdżać z gór i naszym oczom ukazują się przepiękne doliny, porośnięte truskawkowymi plantacjami. Dalej jedziemy już łatwiejszą drogą 1155, która prowadzi między uroczymi wioseczkami. Co chwila widzimy też drogowskazy na różne wodospady i jaskinie, więc myślę, że można spędzić tutaj dużo więcej czasu.
W pewnym momencie po naszej prawej stronie pojawia się Mekong, wyznaczający granicę z Laosem i towarzyszy nam przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów trasy. Mijamy wiele świetnych punktów widokowych nad rzeką, ale Bartkowi tak się śpieszy do celu, że nie zatrzymujemy się niestety ;)
Chiang Khong wydaje się tłoczne i gwarne - można już tutaj zdecydować się na nocleg - guest housów nie brakuje (a za nami już prawie 100 km), my stwierdzamy jednak, że jest jeszcze wcześnie a my czujemy się dobrze i wolimy jechać dalej, drogą 1290, do Chiang Saen, które wydaje się ciekawszym miejscem.
Zatrzymujemy się po drodze tylko na kawę i tankowanie benzyny i przed 14:00, po przejechaniu blisko 150 km, docieramy do celu. Wiele guesthousów znajduje się tuż przy promenadzie przy rzece, na przeciwko spotu opisanego na mapie jako Nocny Market i zsiadamy z motoru, żeby poszukać jakiegoś godnego spania ;) Decydujemy się na drugie oglądane miejsce Tan Rak Home - dostajemy całkiem spory pokoik z dobrze działającą klimatyzacją za 400 bth . W Chiang Saen również nie warto używać serwisów bookingowych, bo większości hotelików na nich nie ma.
W Chiang Saen znajdziecie sporo ruin świątyń w mniej więcej ayuthhajskim stylu, jednak są to naprawdę ruiny - większość niemal zrównana jest z ziemią. Rozsypane są po całym mieście i wraz z bliskością majestatycznej rzeki, za którą rozciąga się Laos, nadają miasteczku fajnego klimatu. Jest tu też znowu lokalnie - przez cały dzień widzimy tylko jedną parę białych turystów - u nas w guesthousie ;)
Udajemy się na obiad do pobliskiej restauracji, gdzie już standardowo ja zamawiam wieprzowinę z holy basil i chilli a Bartek najdroższe danie z karty - dziwną tutejszą odmianę tom yum. Wszędzie można też kupić truskawki - są słodkie i pyszne. Nic dziwnego, skoro dojrzewają na tych nasłonecznionych stokach, które mijaliśmy.
Na kolację zaś udajemy się na Nocny Market rozkładający się wzdłuż rzeki, gdzie ja delektuję się smażonkami na patyku a Bartek piwem ;) Panuje tu fajna atmosfera - lokalsi tłumnie wylegają nad rzekę, ciesząc sie jedzeniem i czasem spędzonym z przyjaciółmi. Bardzo nam się tutaj podoba i do późnych godzin spacerujemy sobie, napawając się małomiasteczkowym klimatem okolicy i majestatycznym Mekongiem :)
Wydatki:
- 20 bth x 3 - kawa na parkingu przy Phu Chi Fa
- 100 bth - tankowanie przy drodze w górach na samoobsługowej stacji
- 40 bth x 2 - dwie duże zupy na straganie pod Doi Pha Tang
- 100 bth x 3 - wina z lokalnej winnicy
- 2x45 bth - frappe w kawiarni na trasie
- 130 bth - tankowanie na stacji na trasie 4 litry
- 400 bth - nocleg w Chiang Saen, Tan Rak Home, duży pokój z klimatyzacją
- 350 bth - obiad w restauracji w Chiang Saen (holy basil 40 bth, tom yum 150, piwo 85 bth, zielona herbata 30 bth a reszta to nie wiem, bo rachunek był po tajsku ;))
- 50 bth - pudełko truskawek
- 45 bth - trzy smażonki i chipsy bekonowe home made na straganie na NM
- 80 bth - piwo i herbata w 7eleven
- 100 bth - dwa piwa + chipsy w sklepie























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz