Strony

środa, 20 lutego 2019

Dzień 13: Chiang Rai - Phu Chi Fa: motorowa oddyseja część pierwsza (20 lutego 2019)

Po zjedzeniu śniadania w Chian Guest House, rozliczeniu się za ten i ubiegły dzień, zostawiamy za zgodą właściciela w kantorku plecaki i ruszamy na naszą motorową wyprawę wzdłuż granicy z Laosem i do Golden Triangle. Zamierzamy zrobić w trzy dni około 300 km pętlę, która ma wyglądać tak:


Zaczynamy od wjazdu na autostradę a następnie kierujemy się drogą nr 1152 w kierunku naszego celu - małej górskiej wioski Phu Chi Fa. Droga jest równa i asfaltowa, po wyjeździe z miasta jedziemy przez małe wioseczki, otoczeni palmami, polami ryżowymi z których gdzie niegdzie wyrastają wapienne skały. Na trasie nie ma ruchu, więc naprawdę jest przyjemnie.



Po drodze robimy małą przerwę na kawę w przydrożnej kafejce. Kiedy droga 1152 dobiega do drogi 1020 skręcamy w lewo, a następnie wjeżdżamy wreszcie w same góry, które dotychczas widzieliśmy z daleka, w drogę 4018, która przechodzi potem w drogę 1093. W tym miejscu kończy się jazda szosowa a zaczyna górska - jest dosyć stromo, jedzie się dużo wolniej, drogi to górskie serpentyny, trzeba balansować odpowiednio ciałem i umiejętnie używać hamulca, żeby nie zaorać motoru ;). Cały czas mamy jednak równą nawierzchnię i asfalt. Widoki są zdumiewające!!! Co chwila zatrzymujemy się na jakimś punkcie widokowym.




Około godziny 14:00 docieramy do Phu Chi Fa. Około 2 godziny zajęło nam dojechanie do gór a potem około 2 godziny jazda w górach. Phu Chia Fa to malowniczo położona na granicy tajsko-laotańskiej wioseczka, która ma być takim tajskim Zakopanem. Trzeba przyznać, że miejsce to wygląda nieziemsko. W dodatku jest tu zupełnie pusto, mamy wrażenie, że trafiliśmy na koniec świata. Po lewej stronie drogi znajdziecie liczne guesthousy, położone na zboczu góry, nie widzimy jednak żadnych turystów. Panie obsługujące miejsca noclegowe nawołują nas z drogi, oglądamy kilka miejsc i ostatecznie decydujemy się na jedno, które nawet nie ma nazwy - dostajemy pokój na górze za 500 bth (na dole są tańsze, pewnie też moglibyśmy się targować, bo w innych miejscach personel obniżał ceny, jak zaczynaliśmy odchodzić) z pięknym widokiem. W mapsme zmapowane jest jako "Puchi 99 very good accomodations and price" ;). Zgadzamy się z tym opisem. Nie bookujcie też noclegów wcześniej - jest tutaj mnóstwo guesthousów a większości nie ma w serwisach typu booking czy agoda. A sama Pu Chi Fa jest przedziwnym miejscem - mamy wrażenie jakby przez świat przeszła właśnie apokalipsa zombie, nikogo tutaj nie ma, mimo iż dookoła znajduje się mnóstwo barów i restauracji - wszystkie są pozamykane na 4 spusty! Nie wiem, może to miejsce odwiedzane głównie przez lokalsów w weekendy... Znajdujemy tylko jeden czynny sklep i musimy zadowolić się chipsami, lodami i piwem na obiad ;) Spożywamy go na naszym tarasie, podziwiając okolicę :)  


Po jakiś dwóch godzinach odpoczynku decydujemy się na trekking na szczyt Pu Chi Fa, leżący już po laotańskiej stronie granicy. Schodząc z naszej górki, kierujemy się w lewą stronę, tak jakby dalej w głąb miejscowości i wchodzimy w lewo na górskie zbocze - trasy tej nie ma na mapsme a na googlemaps oznaczona jest jako przejezdna dla samochodów, co nie jest prawdą - jest to po prostu górskie zbocze, porośnięte roślinnością, strome, kamieniste, bez żadnych utwardzonych dróg. Sama droga na szczyt ma około 2 km, jest taka półdzika, ale szlak jest wydeptany w trawach, trzeba sporo iść w górę, lecz nie stanowi jakiegoś technicznego wyzwania - poradziłam sobie w japonkach, choć muszę przyznać, że kondycyjnie daje popalić, zwłaszcza przy temperaturze ponad 30 stopni ;). Po około 45 minutach znajdujemy się na szczycie i w Laosie i podziwiamy przecudowny krajobraz!!! Jest tu niewyobrażalnie pięknie i spokojnie! Pu Chi Fa polecana jest do obserwacji wschodu Słońca i w godzinach popołudniowych, o zachodzie słońca jest tu zupełnie pusto! Spotykamy tylko jednego Taja (bardzo sympatycznego młodego chłopaka), przez całą drogę! Panuje tu cisza, spokój a 360 stopniowo panorama na laotańskie doliny zapiera dech w piersiach!











Po spędzaniu na górze kilkudziesięciu minut w absolutnej ciszy i samotności i nasyceniu oczu widokami, schodzimy inną trasą - ku parkingowi, gdzie kolejnego dnia zamierzamy zostawić motor, by oglądać wschód Słońca. D parkingu schodzi się jakieś 500 metrów, niezbyt wymagającym szlakiem. Z parkingu wiedzie już asfaltowa, stroma i kręta droga. Po przekroczeniu bramy Parku, skręcamy w lewo i dochodzimy do naszej ulicy. Znajdujemy też w końcu dwie otwarte knajpy z jedzeniem - jedna podaje hot poty, jest tu mnóstwo lokalsów i pan właściciel gorąco namawia nas, byśmy tutaj zjedli a druga wygląda na knajpę dla zbiorowego żywienia chińskich wycieczek  z rana i nikogo tutaj nie ma - Bartek decyduje, że nie chce hot pota i kończymy niestety w tej drugiej ;))) Mój smażony ryż okazuje się być okej - tego dania nie da się zepsuć. Bartek natomiast zamawia jedyne drogie danie z karty - zupę tom yum, która okazuje się daniem chyba dla czworoosobowej rodziny, podawanym w podgrzewanej, wielkiej misce. Według mnie jest tak ostre, że nie da się go zjeść, ale mój mąż twierdzi, że jest super :)

Wracamy do naszego noclegu i idziemy spać - wszak rano trzeba wstać o szóstej na wschód Słońca :)))

Wydatki:
  • 900 bth - jedzenie i piwo z Chian Guesthouse z dwóch dni (frytki 45, green curry 50, omlet 45, smażony ryż 2x45, holy basil with pork 45, kawa 4x35, ice tea 2x25, chipsy 30, woda 15, piwo 70-80 bth x 5)
  • 210 bth - 2 duże piwa, chipsy, wafelki, woda, lody, ciastka w sklepie w Phu Chi Fa
  • 500 bth - nocleg, płatny na miejscu
  • 335 bth - kolacja w restauracji (smażony ryż 40bth, tom yum 180 bth, piwo duże100 bth, woda 15 bth l)

W Chiang Rai wypłacamy też po raz pierwszy na tej wycieczce kasę z bankomatu - 10000 bth. Bankomat informuje nas o 220 bth prowizji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz