Strony

niedziela, 14 stycznia 2018

Dzień 9 - My Tho: Delta Mekongu motorem i świątynia Vinh Trang (17 grudnia 2017)

Wstajemy rano i ponownie wskakujemy na motor - tym razem jedziemy w stronę wioski Tan Phu, tak samo jak wczoraj, zbaczając co chwila w węższe dróżki. Dzisiaj wokół drogi królują bananowce. Dzień rozpoczynamy od kawy w małej, przydrożnej kafejce (w zasadzie to wiata z dwoma stolikami i czterema krzesłami ;)), jakich w Wietnamie pełno. Co ciekawe, w sporej części tutejszych knajpek i kawiarni zamawiając kawę gratis dostaje się zieloną herbatę. Herbaty są dwa rodzaje - jedna przepyszna jaśminowa, druga okropna o smaku brudnej szmaty ;). Interesującą rzeczą są też katolickie kościoły - odnoszę wrażenie, że jest ich tutaj więcej niż buddyjskich świątyń i budowane są w takim bardziej przaśnym, azjatyckim stylu ;). 

Jadąc przez wioski widzimy też kilka razy psy trzymane w klatce, przeznaczone za pewne na obiad. Natomiast nigdzie nie trafiamy do miejsca, gdzie serwują upieczonego już psa (ale też specjalnie nie szukamy) - choć podobno takie knajpki się tutaj zdarzają (mięso psiaków jest jednak dużo bardziej popularne na północy). Warto też dodać, że psy przeznaczone na rzeź to inne psy niż te, które biegają przy domu. Wietnamczycy trzymają też psy jako zwierzęta domowe i to nie jest tak, że jak nie chce się nikomu iść na zakupy w sobotę, to pupil kończy na talerzu ;). Nie musicie się też obawiać, że pies wyląduje niepostrzeżenie w Waszym obiedzie - psie mięso jest uważane za bardzo zdrowe i dlatego kosztuje dużo więcej niż na przykład wieprzowina, więc taki rodzaj oszustwa byłby totalnie nieopłacalny. Większość Wietnamczyków, z którymi rozmawialiśmy nie jada psów a  ponadto duża ilość wietnamskich buddystów w ogóle nie je mięsa. Naprawdę łatwiej tu znaleźć knajpę chay z wegańskim jedzeniem niż skrojone psiaki ;).





 

Kiedy  nasycamy się już jeżdeniem po wioskach wracamy do My Tho z zamiarem przedostania się promem na wyspę Con Phung. Docieramy do terminala Ben Pha Rach Mieu, ale wydaje się on zamknięty. Nie możemy się z nikim porozumieć, żeby ustalić czemu, więc rezygnujemy (może dlatego, że to niedziela?). Po drodze wstępujemy do lokalnej jadłodajni serwującej moje ulubione Bahn Xeo. Tym razem podane są bez papieru ryżowego - w zamian zawija się je w wielkie liście.


Następnym punktem naszej podróży jest świątynia Vinh Trang, w której znajdują się trzy ogromne posągi Buddy - siedzącego, leżącego i stojącego. Wejście do świątyni jest darmowe, natomiast jeśli zaparkujecie w pobliżu stoisk z napojami i pamiątkami, liczcie się z tym, że ściągną z Was za parking. Obowiązuje opłata "co łaska" i nasze 10 000 dng okazało się okej. Świątynia jest piękna, zadbana, dużo tu kwiatów i bonsai a posągi rzeczywiście są olbrzymie. Trafiamy na moment, gdy nie ma tu zbyt wielu turystów, ale miejsce to znajduje się na trasie autobusów wożących grupowe wycieczki z Ho Chi Minh, więc lepiej wybrać się tutaj po południu lub pod wieczór.






Po zwiedzeniu świątyni udajemy się na kawę nad przystań do bardzo eleganckiej i fancy kawiarni, gdzie wypasione frappe kosztują około 25-30 tysięcy za porcję ;). Od dawna czaiłam się, żeby spróbować słynnych azjatyckich deserów zawiniętych w liściach bananowca, jakież więc jest moje zdziwienie, gdy delektując się kawą i licząc na słodkości, odpakowuję zawiniątka kupione wcześniej przy autostradzie i znajduję w środku... surowe mięso z cebulą ;).


Wieczorem idziemy porobić foty z rooftopu naszego hotelu:



Jeśli chodzi o jedzenie w My Tho to nie polecam nocnego targu - wybór jest niewielki, stanowisk kilka, nie ma on nic wspólnego z marketami, które znamy z Tajlandii a do tego pani oferuje nam menu w języku angielskim, na którym ceny są CZTERY razy wyższe niż w tym po wietnamsku... Oczywiście kwitujemy ją parsknięciem śmiechem i  udajemy się ostatni raz do naszej ulubionej wegańskiej knajpki. Zamawiamy com chay, bun thit nuong, smażony ryż i napoje i płacimy 73 000 dongów - na nocnym markecie ceny za jedno danie w menu dla białasów zaczynały się od 100 000...






Wieczorem rozliczamy się też za hotel i planujemy transport na kolejny dzień. Moglibyśmy udać się na dworzec, na który przyjechaliśmy i tam znaleźć lokalny bus do Can Tho za jakieś 20 000 dongów, ale decyduję się ofiarować marudzącemu Bartkowi odrobinę komfortu i zamawiam moto taxi na rano. Moto taxówki mają nas zawieźć na dworzec za miasto, na którym zatrzymuje się autobus bardziej luksusowej firmy FUTA bus, za który zapłacimy jak za zboże, ale niech się chłop cieszy ;).

Jeśli miałabym podsumować nasz pobyt w My Tho, to na pewno wyobrażałam sobie to miejsce zupełnie inaczej. Miejcie na uwadze, że jest tu tłoczno, gwarno, chaotycznie i zupełnie nieturystycznie. Mimo wszystko przebywanie tutaj było ciekawym przeżyciem i po raz pierwszy chyba przez taki długi czas nie spotkałam żadnego białego człowieka ;). Nie polecam eksplorowania tego miasteczka pieszo - skuter to podstawa przetrwania ;).  Cieszę się, że tu byłam, ale nie wiem, czy prędko zachcę powrócić ;) (EDIT 5.02.18 - już chcę i tęsknię za tym chaosem!!! ;)

WYDATKI:
  • motor na jeden dzień 200 000 dng
  • paliwo 80 000 dng
  • pralnia w hotelu 20 000 za kg * 2,5 kg = 50 000 dng
  • napoje z hotelowej lodówki - 80 000 dng
  • 2 kawy i 2 wody + herbata gratis na wiosce - 24 000 dng
  • 2 naleśniki bahn xeo w ulicznej knajpce = 24 000 dng
  • pepsi pod świątynią - 20 000 dng
  • 2 kawy na wypasie w ekstra kawiarni (matcha, frappe) - 61 000 dng
  • parking przed świątynią - 10 000 dng
  • mięso w liściach bananowca przy autostradzie - 30 000 dng
  • woda 1,5 l - 10 000 dng
  • kolacja w wegańskiej knajpie - 3 dania + 2 herbaty = 73 000 dng

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz