O czwartej zgodnie z umową przyjeżdża po nas prywatny samochód i wiezie nas z powrotem na lotnisko w Da Nang. Droga trwa trochę ponad 20 minut, więc na miejscu pojawiamy się jakieś 1,5 godziny przed czasem. Lot przebiega bez przeszkód i około 7:30 jesteśmy w Ho Chi Minh. Odbieramy nasze bagaże z przechowalni i wychodzimy przed dworzec złapać bus nr 119, który zawozi nas na dworzec Mien Thay. Wysiadamy przed samym budynkiem dworca. Jest to miejsce, z którego można dostać się do miast i wioseczek położonych w Delcie Mekongu. Od razu przy wejściu zajmują się nami bardzo sympatyczni ochroniarze, którzy prowadzą nas od wejścia do okienek biletowych i prosto do naszego autobusu. Okienek jest dużo, ale na każdym czytelnie napisane jest, do jakich miejsc można kupić tu bilety wraz z ceną - nie zostaniecie więc oszukani. Na bilecie znajduje się numer autobusu, do którego macie wsiąść, nie znajdziecie natomiast godziny odjazdu. Powód jest prosty - autobusy odjeżdżają, kiedy się zapełnią ;). Nasz mały busik do My Tho wydaje się całkowicie pełny, ale sympatyczni pasażerowie bez problemu znajdują dla nas miejsce. Nie jest to jakaś szczególnie komfortowa podróż - Bartek np jedzie oparty o jakiś wielki worek z ryżem, ale to dobra okazja, by nasycić się wietnamskim kolorytem , podglądając zwyczajne życie tutejszych ludzi i bardzo miło wspominamy to doświadczenie ;). Mien Thay to typowo lokalny dworzec i nie uświadczycie tu turystów. Z tego też powodu ceny są duuuuużo niższe niż w autobusach organizowanych dla turystów w agencjach przy Backpackers Street. Droga trwa niecałe dwie godziny a dystans to około 60 km. Na jezdni panuje totalny chaos, więc osoby o słabszych nerwach niech lepiej nie patrzą przez okno ;). Wysiadamy na dworcu Ben Xe Tien Giang i idziemy około 1.5 km do naszego World Hotel.
Wita nas pan, bardzo dobrze mówiący po angielsku, który od razu chce sprzedać nam wycieczkę na tutejsze wyspy ;). Później odkryjemy, że to taka tradycja w Wietnamie, że na przywitanie nas w mało turystycznych miejscach wysyła się człowieka, który najlepiej w całym mieście mówi po angielsku ;). Nasz pokój jest duży, jasny, ma wielkie okna i piękny widok na miasto. Jedynym problemem są czerwone mrówki w łazience, ale ponieważ nie rozprzestrzeniają się na pozostałe pomieszczenia, jakoś sobie z tym radzimy ;). Hotel oferuje room service, wypożyczalnie motorów a pokój wyposażony jest w lodówkę z barkiem, co ciekawe, wannę i oczywiście klimatyzację. Baza hotelowa w My Tho nie jest zbyt rozbudowana, gdyż większość turystów przyjeżdża tu na półdniowe wycieczki z Ho Chi Minh, dlatego myślę, że World Hotel to mimo mrówek warte odwiedzenia miejsce.
Bartek postanawia po raz pierwszy od ponad doby coś zjeść, więc udajemy się do centrum. Początkowo jesteśmy oszołomieni tym miasteczkiem - zupełnie czego innego się spodziewaliśmy. Liczyliśmy na małe spokojne miasteczko przy rzece a tymczasem My Tho to taki mały Sajgon w wersji skondensowanej. Panuje tu kosmiczny ruch drogowy, po ulicach jeżdżą tysiące motorów a z racji mało turystycznego charaketru, ciężko znaleźć tu jakieś spokojne miejsca do pochillowania. Wydaje się, że mieszkańcy Wietnamu są cały czas w pędzie, wciąż gdzieś jeżdżą, kotłują się na ulicach. Nie ma tu natomiast zupełnie warunków dla pieszych ;). Wtedy postanawiamy, że będziemy poruszać się tu tylko i wyłącznie skuterem - zdradzę, że finalnie okazało się to strzałem w dziesiątkę i nawet nie próbujcie po My Tho chodzić pieszo ;). Odnajduję na mapach jakąś wegańską restaurację, gdyż uznaję, że to najbezpieczniejszy wybór dla pochorobowego żołądka mojego męża i to tam udajemy się na obiad.
Wybór Hu Tieu Chay Cay Bo De okazuje się strzałem w dziesiątkę. W środku jest tłoczno, lokal przepełniony jest lokalsami (zresztą w My Tho poza przystanią ciężko spotkać innych turystów) a jedzenie jest tanie i pyszne. Jeśli szukacie w Azji bezmięsnej kuchni pytajcie o CHAY - słowo "vegan" jest dla nich absolutnie niezrozumiałe ;). Co ciekaw, kuchnia wegańska nie opiera się tutaj na warzywach i strączkach, jak w Europie, tylko na "podróbach" mięsa i wędlin. Kawałki tofu czy seitana stylizowane są wyglądem i strukturą na kiełbaski, kawałki kurczaka czy boczku i czasem aż ciężko uwierzyć, że to bezmięsne danie. My kusimy się na smażony ryż z dodatkami i jesteśmy bardzo zadowoleni.
Po obiedzie Bartek decyduje się iść na drzemkę do hotelu a ja postanawiam zwiedzić okolice przystani w tym szalonym miasteczku. W okolicy My Tho Cruise Terminal zaczynam czuć się z powrotem turystką, bo kręci się tu wiele osób, chcących sprzedać mi wycieczki na pobliskie wyspy. Większość osób przybywa tu z Sajgonu prosto do przystani a po zwiedzeniu wysepek wraca do stolicy i nie odkrywa uroków lokalnego życia w Wietnamie ;). My nie decydujemy się na ten rejs, gdyż z tego, co czytałam i widziałam na youtube są to wysepki przepełnione turystami, nastawione na ściąganie pieniędzy z typowymi schitowymi atrakcjami dla białasów typu pokazy śpiewu czy farmy węży. My chcemy poznać prawdziwe oblicze Delty Mekongu ;). Warto też pamiętać, że na wysepki można dopłynąć lokalnymi promami za kilka tysięcy batów. Będziecie pewnie wtedy tylko musieli zapłacić dodatkowo za wstępy do atrakcji.
Chilluję sobie trochę w takim lokalnym starbucksie przy przystani, pijąc kawę a potem wracam do hotelu. Wieczorem, kiedy nasza ulica pokrywa się małymi standami z jedzeniem, wyskakuję sobie jeszcze na pyszną bagietkę z dodatkami i trzcinę cukrową. Trzeba przyznać, że jest tu naprawdę tanio a ludzie są przemili. Choć nikt nie mówi po angielsku, dlatego moja znajomość podstawowych zwrotów i liczebników się przydaje ;).
WYDATKI:
- 3 noclegi w My Tho w hotelu The World Hotel - 48$
- 2 herbaty na lotnisku - 90 000 dng
- woda na lotnisku 20 000 dng
- autobus 119 z lotniska w Sajgonie do Mien Thay - 2x20 000 dng = 40 000 dng
- lokalny bus Ho Chi Minh - My Tho - 2x32 000 dng = 64 000 dng
- kawa w eleganckiej kawiarni - 20 000 dng
- sok z trzciny cukrowej - 6000 dng
- obiad w wegańskiej knajpce (ryż z grzybami, ryż z dynią, dwa napoje) - 75 000 dng
- bagietka z mięsem - 10 000 dng






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz