W nocy okazuje się, że Bartek jest cały rozpalony i w dodatku ma problemy z żołądkiem. Kiedy mierzę mu temperaturę okazuje się, że ma ponad 38 stopni... Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem opieki, jakiej doświadczamy w tej sytuacji ze strony pracowników hotelu - Bartek dostaje mnóstwo darmowej wody, darmowych leków na zbicie gorączki i na biegunkę a pani, która się nim zajmuje przygotowuje mu na śniadanie kleik z kaszy gryczanej :). To bardzo miłe.
Plany na dziś niestety nie wypalą i z powodu choroby mojego męża nie możemy, tak jak pierwotnie zakładaliśmy, jechać motorem na zwiedzanie ruin My Son. Decyduję się więc wykupić sobie zorganizowaną wycieczkę w naszym guesthouse. Mają po mnie przyjechać o 12:30, mam więc kilka godzin, by pozwiedzać okolicę. Biorę rower, który mamy udostępniony za darmo i przez piękne pola ryżowe jadę na plażę An Bang Beach. O godzinie 9:00 jest niemal zupełnie pusta, choć część plaży znajdująca się tuż przy deptaku zastawiona jest leżakami należącymi do plażowych barów i aby zobaczyć takie widoki, jak te na zdjęciach trzeba przejść kilkaset metrów:
e
Muszę przyznać, że plaża robi na mnie świetne wrażenie, jest pusta i taka jakby wiejska. W ogóle okolice Hoi An mają świetny klimat. Jest tu spokojnie, cicho, dokoła wszędzie rosną piękne pola ryżowe, na których pasą się bawoły wodne, można pooglądać ludzie zbierających zboża z pól.
Jeżdżę też sporo po samym miasteczku, w poszukiwaniu czegoś, co Bartek mógłby zjeść, ale jak na złość o tej porze nie mogę nigdzie dostać suchych bagietek. W ogóle ciężko w Wietnamie o sklepy takie jak 7/11 w Tajlandii i muszę zadowolić się straganami z mydłem i powidłem. Najodpowiedniejszą rzeczą dla mojego schorowanego męża wydają się krakersy, które kupuję w dużej ilości.
Około 12:30 pracownik recepcji z naszego hotelu zamawia dla mnie taksówkę, która zawozi mnie na miejsce zbiórki mojej wycieczki. W autokarze jest około 20 osób, ale jak się okazuje na miejscu dzielimy się na dwie wycieczki i każda zwiedza My Son inną trasą, przez co w pełni odkrywamy urok tego miejsca. Mamy bardzo fajną przewodniczkę i choć większość grupy nie wydaje się zainteresowana jej słuchaniem, ja cały czas z nią chodzę i korzystam z jej wiedzy oraz chęci do robienia mi zdjęć.
Same ruiny nie robią takiego wrażenia jak Angkor w Kambodży - są dużo, dużo mniejsze, nie tak pięknie zdobione i niestety zniszczone w większej części przez amerykańskie bombardowania podczas wojny, ale czuć w tym miejscu pewien mistycyzm i spokój. Muszę też przyznać, że o tej porze nie ma tu zbyt wielu turystów, w zasadzie poruszamy się sami, więc można delektować się magią pradawnych ruin w ciszy i bez pośpiechu. Mniej więcej w połowie zwiedzania zostajemy skierowani na pokaz tańca grupy etnicznej champa (to ich przodkowie budowali te świątynie), który też okazuje się niespodziewanie interesujący i co ciekawe, nie służy wyłudzeniu dodatkowych tipów od turystów, bo nikt nie zbiera żadnych pieniędzy.
Po zwiedzaniu jedziemy autokarem na małą przystań, skąd mamy w cenie zagwarantowany rejs z powrotem do Hoi An. Na pokładzie dostajemy pyszne bagietki Bahn Mi (moja zgodnie z zamówieniem jest wegetariańska), które jak się okazuje pochodzą z uznanej za najlepszą kanapkownię na świecie Bahn Mi Phuong. Muszę przyznać, że buła smakuje wyśmienicie. Sam rejs jest za to według mnie niepotrzebny, bo w ciemności niewiele widać, wszyscy są już zmęczeni a autokarem dojechalibyśmy na miejsce szybciej. Myślę, że większą atrakcję stanowi na porannych wycieczkach. Docieramy na teren Hoi An Night Market a chętne osoby mogą liczyć na transport do swoich hoteli.
Okazuje się, że Bartek czuje się już lepiej, więc decydujemy się iść do pobliskiej kawiarni na herbatkę. Spędzamy tutaj trochę czasu, relaksując się przed jutrzejszym dniem, który mamy spędzić w podróży. W hotelu zamawiamy też prywatny transport na oddalone o 20 km lotnisko w Da Nang, co kosztuje nas 13$. Taniej można dostać się jakimiś shuttle busami a w mieście widziałam też oferty taxi za 250 000 dng, ale ponieważ samolot mamy o 6:00 wolimy nie ryzykować i bierzemy transport prosto z guesthouse'u. Co ciekawe, w Hoi An w wielu miejscach akceptuje się płatność dolarami i to w tej walucie regulujemy hotelowy rachunek za noclegi, taxi, pralnię i tour do My Son.
Jeśli chodzi o moją dzisiejszą wycieczkę, to choć nie lubię organizowanych atrakcji, muszę przyznać, że jestem całkiem zadowolona. Podobała mi się przewodniczka, dowiedziałam się od niej wielu interesujących rzeczy o samych ruinach jak i kulturze Wietnamu. Fajny był też fakt, że zwiedzaliśmy w naprawdę małych grupach, nie wchodząc sobie w drogę. Nie wiem niestety przez jaką firmę była organizowana, bo załatwiałam ten tour bezpośrednio przez nasz hotel. Żałuję oczywiście, że nie udało nam się pojechać do My Son motorem, bo trasa biegnie przez urocze małe miasteczka, które miło byłoby zwiedzić trochę dokładniej. Muszę przyznać, że Wietnamczycy mają bardzo ładne, zadbane i interesująco wyglądające domy. Przykro mi też, że Bartkowi nie dane było zobaczyć tej atrakcji, bo na pewno podobałoby mu się.
Hoi An to najbardziej turystyczne miejsce, jakie zobaczymy podczas naszej całej wycieczki w Wietnamie, ale muszę przyznać, że jest turystyczne w taki przyjemny, nienachalny sposób i mam nadzieję, że takie pozostanie.
WYDATKI:
- 2 noclegi w Hoi An w Horizon Villa (darmowy uprade do pokoju deluxe) - 26$
- pranie (2 kg) - 2,5$
- wycieczka My Son Sunset - 22$
- 4 małe wody z hotelu - 2$
- 2 duże wody ze straganu - 30 000 dng
- 6 paczek krakersów - 30 000 dng
- parking roweru na plaży - 20 000 dng
- wejście do My Son - 150 000 dng
- kawa i dwie herbaty w eleganckiej kawiarni - 60 000 dng
- samochód z Hoi An na lotnisko w Da Nang - 13$
Wypłacam z bankomatu 1 000 000 dng.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz