Strony

niedziela, 14 stycznia 2018

Dzień 4 - Da Nang: Son Tra Pass i Hai Van Pass (12 grudnia 2017)

Dzień rozpoczynamy od wynajęcia skuterka w wypożyczalni nieopodal naszego hotelu (paszporty w Wietnamie zostają w hotelu, także pracownicy wypożyczalni zadowalają się wypełnieniem przez nas deklaracji o miejscu pobytu) i śmigamy na śniadanie do knajpki, gdzie podobno serwują pyszne bahn xeo. Bahn Xeo to tradycyjne wietnamskie naleśniki, które wraz z mięsno-krewetkowym nadzieniem i warzywami zwija się w papier ryżowy lub liście tuż przed zjedzeniem. Bartek zamawia inną tradycyjną w tym rejonie potrawę - bun thit nuong czyli makaron z mięsem ;).



Po śniadaniu kierujemy się w stronę wybrzeża i malowniczą, nadmorską drogą jedziemy w stronę Monkey Mountain (Son Tra Pass). Pierwszym punktem na naszej rasie jest przepiękna  Linh Ung Pagoda, nad którą króluje wielki posąg Lady Buddhy, widoczny doskonale z centrum Da Nang. Motor zostawiamy na parkingu, który jest bezpłatny -  przy wyjeździe stoi tylko puszka na dobrowolne datki. Wejście do świątyni nic nie kosztuje (wejścia do wszystkich świątyń, które zwiedziliśmy w Wietnamie nie były biletowane). Na terenie tej pagody oprócz licznych rzeźb, figurek, pięknych bonsai i cudownie zdobionych pomieszczeń znajduje się też punkt widokowy, z którego można podziwiać wybrzeże Da Nang.







Po przechadzce w świątyni wsiadamy z powrotem na motor i jedziemy pokrążyć trochę po Małpiej Górze. Nie umiem dokładnie odtworzyć naszej trasy, ale ostatecznie po odwiedzeniu kilku punktów widokowych i pojeżdżeniu dookoła, decydujemy się wjechać na Ban Co Peak. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że nasz skuter-rzęch podoła wyzwaniu, bo przewyższenie okazało się spore, ale po lekkim tylko spaleniu sprzęgła i przegrzaniu docieramy do celu. Po drodze widoki są nieziemskie i  jeździmy z wybałuszonymi oczami, ale na szczycie -  jak to na szczycie - chmury psują nam całą zabawę ;).








Po zdobyciu szczytu kierujemy się przez miasto w stronę kolejnej przełęczy -  Hai Van. Musimy przejechać około 30 km przez miasto, ale ruch w Da Nang poza godzinami szczytu jest całkiem przyjemny i jedzie się doskonale, zwłaszcza, że cały czas trzymamy się linii brzegowej. Jesteśmy też pod wrażeniem tego, jak rozległe jest to miasto. Kilka kilometrów za miastem zaczynają pojawiać się zapierające dech w piersiach widoki, ale tuż przed wjazdem na główny punkt widokowy,  tradycyjnie pojawiają się chmury i nic już nie widać ;) Trzeba natomiast przyznać, że mgła wisząca nad powojennymi, wietnamskimi bunkrami sprawia niesamowite wrażenie. Charakterystyczne dla tej trasy są też krowy, przechadzające się po jezdni. Hai Van Pass nie jest tak stroma i zdecydowanie milsza dla motorowego sprzęgła.





Wracać do Da Nang zaczynamy w godzinach powrotu Wietnamczyków z pracy i jesteśmy pełni podziwu, obserwując ilość straganów z jedzeniem jaka rozciąga się wzdłuż naszej trasy. Trafiamy też na potworne korki w centrum, ale Bartek daje radę i docieramy w końcu z powrotem na wybrzeże (przez charakterystyczny smoczy most), gdzie nie ma już takiego ruchu i jeździ się przyjemniej.  Robimy sobie małą sesję wśród charakterystycznych, wietnamskich łodzi rybackich (rano było ich zdecydowanie więcej) i znajdujemy małą knajpkę serwującą kolejny lokalny przysmak - Mi quang. To bezsprzecznie jedno z najlepszych wietnamskich dań, jakie jadłam (nie pamiętam dokładnie miejsca, ale było to w okolicy hotelu Ocean Haven - może Quan Hung Bo?).






Bartka niestety przewiało na motorze i czuję się przeziębiony, więc w drodze na plażę, wstępujemy do apteki. Próbujemy się porozumieć za pomocą translatora google, co skutkuje tym, że pani daje nam paracetamol (co ciekawe z kofeiną), coś na gardło i ... antybiotyki, które w Wietnamie można kupić bez recepty. Wieczór spędzamy chillując na plaży, która mniej więcej do godziny 21:00 pełna jest lokalsów, uprawiających jogę, biegających, bawiących się. W knajpkach wzdłuż wybrzeża królują owoce morza. Później plaża pustoszeje a mieszkańcy przenoszą się do barów karaoke, z których głośna muzyka dochodzi całą noc i ciężko nam spać ;).




Podsumowując - uważam dzisiejszy dzień za fantastyczny. Zrobiliśmy bez żadnego problemu, rozwalającym się motorem dwie podobno wymagające trasy motorowe ;). Póki co z wietnamskich dróg mamy tylko pozytywne wrażenia. Samo Da Nang to jedno z naszych ulubionych miast - jest autentyczne, nie ma tu tłumu turystów, za to wszędzie znajdziecie tanie i nowe hotele. Panuje tu fajna, wielkomiejska atmosfera i bardzo specyficzny vibe. Jest tu azjatycko, ale nie dziwię się, że wielu europejczyków decyduje się to właśnie tutaj osiąść na stałe - nie ma tu szaleństwa charakterystycznego dla np. Ho Chi Minh i musi to być bardzo przyjemne miejsce do życia. Miasto jest czyste, promenada super zadbana, mamy i morze i góry a jedzenie jest  tanie i pyszne. Jeśli nie boicie się jazdy motorem, zamiast od razu z lotniska kierować się do turystycznej mekki - Hoi An, zostańcie kilka dni w Da Nang. Minusem jest jedynie kapryśna pogoda - w centralnym Wietnamie lubi popadać, my mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy akurat na pierwsze słoneczne dni po kilku (kilkunasto?) tygodniowych ulewach... Pokochaliśmy to miejsce i na pewno tu wrócimy!!!


WYDATKI:
  • dwa noclegi w Kien Cuong hotel - ok. 80 zł (z konta)
  • śniadanie w restauracji (bahn xeo, bun thit nuong, dwie kawy) - 181 000 dng
  • datek na świątynię w zamian za parking - 10 000 dng
  • motor na jeden dzień - 100 000 dng
  • paliwo - 70 000 dng
  • dwie kawy w kawiarni - 30 000 dng
  • obiad (mi quang, bun bo hue, herbata gratis) - 70 000 dng
  • 6 piw w knajpie - 150 000 dng
  • sok z trzciny cukrowej - 10 000 dng
  • leki na ból gardła, antybiotyk i paracetamol - 111 000 dng

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz