Wstajemy około 9:00 i ruszamy na małe zwiedzanie Sajgonu. Idziemy oczywiście w okolicę słynnej poczty i Katedry Notre Dame. Centrum Ho Chi Minh jest przyjemnie zielone i zadbane, ale wymienione atrakcje to w sumie nic ciekawego i spokojnie można by przeżyć, nie oglądając tych miejsc ;)
W międzyczasie Bartek głodnieje i wstępujemy na zupę bun bo hue do przyulicznej knajpki. W daniu tym wyraźnie czuć pewien posmak, bardzo charakterystyczny dla wietnamskiej kuchni, który nie do końca nam pasuje...
Po obiedzie udajemy się do Muzeum Wojny (War Remnants Museum) - to w zasadzie jedyne warte zobaczenia miejsce w Sajgonie, choć szczerze mówiąc i tak spodziewałam się więcej.
Około godziny 15:00 bierzemy nasze plecaki z hotelu - pani z recepcji oferuje, że nam je przechowa kilka dni za darmo (na lot do Da Nang wykupiliśmy tylko bagaż podręczny), ale decydujemy się oddać je do wypożyczalni w hotelu tuż przy lotnisku, by nie musieć się później wracać do centrum. Na położonym kilkaset metrów od Son Tung Hotel przystanku KTX Trần Hưng Đạo łapiemy busa 152, który wiezie nas na lotnisko. Tym razem płacimy po 10 000 dng od osoby, bo kierowca oczywiście nie kwapi się, by wydać nam z 20 000 dng resztę ;). Jedziemy niecałą godzinę. Na lotnisku zaliczamy pierwszy fuck-up naszej wycieczki, bo okazuje się, że hotel, w którym mieliśmy zostawić bagaże nie oferuje przechowalni (mimo iż na agoda.com wyraźnie pisze, że posiada on taką usługę) i musimy zostawić nasze plecaki w lotniskowej przechowalni, kosztującej majątek. Pan z obsługi na szczęście proponuje nam zestrechowanie ich w jeden bagaż, przez co omijamy połowę kosztów... Ech, trzeba było zostawić je w naszym hostelu...
Mamy jeszcze sporo czasu, więc idziemy połazić po okolicy lotniska i w pobliżu galerii handlowej znajdujemy kilka punktów z jedzeniem. Bartek zamawia zupę bun cha a jakoś nadal nie czuję głodu... Do picia dostajemy pyszną jaśminową herbatę, która stanie się jedną z moich herbacianych faworytek.

Na lotnisko trafiamy ponownie 1.5 godziny przed odlotem i udajemy się na domestic terminal. Odprawić się można w specjalnym elektronicznym kiosku, ale i tak kolejka do wejścia na gate'y jest przeolbrzymia... Samoloty do Da Nang latają chyba co 45 minut a wszystkie wydają się pełne. Nie ma tu przepisów bezpieczeństwa dla bagażu podręcznego, które obowiązują w Europie, więc nie musicie się przejmować rozmiarami kosmetyków itp. Jak sobie patrzymy na bagaże podręczne niektórych Azjatów, to żałujemy, że chociaż nie spróbowaliśmy przetransportować naszych plecaków na pokładzie - nikt tu niczego nie mierzy ani nie waży ;). Lecimy tanimi liniami Viet Jet i oceniam je pozytywnie. Większość pasażerów to Wietnamczycy. Samolot długo czeka na start, ale w powietrzu jesteśmy krótko i do Da Nang docieramy punktualnie tuż przed 21:00.
Nie kursują już żadne autobusy do centrum, więc bierzemy taksówkę. Taksówki z lotniska są zobligowane do włączenia taksometrów, ale oczywiście warto się upewnić, że tak właśnie robią. Lotnisko w Da Nang znajduje się bardzo blisko miasta, więc myślę, że jak wybierzecie jakiś hotel bliżej centrum niż plaży, to można nawet urządzić sobie pieszy spacer.
Nasze pierwsze wrażenia to jedno wielkie WOW. Miasto prezentuje się świetnie - nowocześnie, ale spokojnie. Ulice wydają się spokojne a chodniki szerokie i przystosowane do ruchu pieszych! Kiedy docieramy do naszego hotelu Kien Cuong Hotel, nasz zachwyt jeszcze wzrasta. Za bardzo małe pieniądze dostajemy świetne warunki - pokój z wielkimi oknami, z widokiem na morze, duży metraż, ładną łazienkę i wygodne łóżka. Muszę przyznać, że obawiałam się o stan czystości i poziom zarobaczenia w tym mieście - wszak panuje tu wyraźnie wyczuwalna wysoka wilgoć. Moje obawy okazują się bezpodstawne i hotel prezentuje wysokie standardy także w kwestii czystości! Pamiętajcie też, że w hotelach w Wietnamie zazwyczaj recepcjoniści zabierają Wam paszporty (czasem tylko jeden). Nie ma się co buntować przeciwko temu - takie panują tu zasady.
Wypakowujemy się i idziemy na plażę (mamy jakieś 300 m), która o tej porze jest niemal pusta. Jesteśmy zachwyceni promenadą! Posadzono przy niej setki palm kokosowych a zaraz po drugiej stronie ulicy wyrastają wysokie, nowoczesne hotele. Tworzy to świetny, miejski krajobraz - trochę przywodzi na myśl Miami. Ma to co prawda niewiele wspólnego z rajskimi wybrzeżami Tajlandii, ale w tym wielkomiejskim stylu tkwi cały urok! Plaża jest długa i ciągnie się przez całe miasto. Kolację jemy w małej knajpce blisko hotelu - ja zamawiam mój pierwszy wietnamski ryż z dodatkami czyli COM TAM. Ceny są przystępne. Mimo iż po ulicach biegają szczury i karaluchya wietnamskie piwa są okropnymi sikaczami BARDZO nam się w Da Nang podoba!
WYDATKI:
- zupa bun bo hue - 40 000 dng
- 2x cafe sue da - 30 000 dng
- wstęp do Muzeum Wojny - 2x15 000 dng = 30 000 dng
- bus 152 na lotnisko x2 = 20 000 dng
- zupa bun bo hue + 2 herbaty - 48 000 dng
- 2 małe wody na lotnisku - 30 000 dng
- bagaż w przechowalni na 4 dni - 1 200 000 dng
- bilety do Da Nang i z powrotem dla dwóch osób - 389,55 zł (kartą, kupione w Pl)
- taksówka z lotniska do hotelu ok. 6 km - 140 000 dng
- dwie noce w Da Nang w Kien Cuong Hotel (pokój deluxe) - 85,32 zł (agoda. płatne z konta)
- kolacja w Da Nang (ryż z wieprzowiną i jajkiem, ryż smażony z warzywami, 2 piwa, herbata gratis - 110 000 dng
- duża woda - 10 000 dng











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz