Strony

niedziela, 14 stycznia 2018

Dzień 1 i 2 - Warszawa - Ho CHi Minh: lot i Dystrykt 1 w Sajgonie (9 i 10 grudnia)

Naszą podróż rozpoczynamy o 14:00, kiedy to podwiezieni przez mieszkającego niedaleko Warszawy teścia, wkraczamy na lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Sprawnie odprawiamy się na stanowisku Qatar Airways i szybko przedostajemy się pod bramki. Samolot startuje punktualnie i o 15:50 wznosimy się w powietrze. 

Przed lotem możecie na stronie katarskich linii wybrać sobie miejsca a także preferowany typ posiłków. Skorzystałam z tej opcji i muszę przyznać, że jedzenie oznaczone jako "Asian vegetarian" okazuje się przepyszne, pełne smaków i arabskich przypraw! Bartek zjada dania ze standardowego menu i też nie narzeka. Podczas lotu dostajemy obiad, kolację oraz oczywiście ciepłe i zimne napoje i alkohol do woli ;). 

Doha - stolica Kataru i miejsce naszej przesiadki widziana z lotu ptaka robi na nas olbrzymie wrażenie. Niesamowite okazuje się też wyjątkowo wielkie lotnisko. Pod samolotem czeka na nas autobus a na właściwy terminal docieramy czymś na kształt lotniskowego metra ;). Między lotami mamy trzygodzinną przerwę, ale okazuje się, że to wcale nie tak wiele.

Samolot do Ho Chi Minh również odlatuje punktualnie a pokładzie dostajemy obiad i przekąskę (nadziewaną bułeczkę). O godzinie 13:30 lokalnego czasu lądujemy w Ho Chi Minh!

Lotnisko w Sajgonie nie jest tak wielkie jak to w Doha ani nawet jak to w Bangkoku. Strasznie dużo czasu spędzamy w kolejce przy kontroli paszportowej. Osoby, które nie mają wiz, muszą jeszcze dodatkowo odstać w równie długiej kolejce przy stanowisku "visa on arrival". Nasze e-wizy przechodzą bez problemu, ale żeby opuścić lotnisko musimy jeszcze uzupełnić żółty świstek z kontroli sanitarnej. W zasadzie to możecie go zaraz potem zgubić, bo nikt nigdzie go już nie sprawdza ;). Wymieniamy jeszcze w lotniskowym kantorze 500$ na wietnamskie dongi. Nie ma sensu robić tego w mieście, bo w Wietnamie nie ma regularnych kantorów a kurs na lotnisku jest korzystny (drugą część pieniędzy wymieniamy też na lotnisku kilka dni później, wracając z Da Nang).

Tuż przed budynkiem lotniska znajduje się postój taksówek (jeśli nie lądujecie w nocy, nie polecam, podobno strasznie oszukują, naciągają a nawet kradną) a zaraz obok przystanek autobusowy. Wsiadamy w autobus linii 152, który jedzie do turystycznego centrum miasta. Za bilet płacimy po 5000 dongów od osoby - warto mieć odliczone pieniądze, bo kierowcy zazwyczaj nie wydają reszty białasom ;) Wpisujemy w nawigację MAPS ME (działa bez internetu) adres naszego hotelu i wysiadamy, kiedy stwierdzamy, że bliżej niego już nie będziemy. W autobusie spotkamy też miłego Wietnamczyka, który chętnie nam pomaga ogarnąć te przystanki. Warto też dodać, że komunikacja miejska w Sajgonie jest świetnie oznaczona na mapach google i naprawdę nie ma potrzeby jeżdżenia taksówkami (dużo ludzi odradza taksówki w HCM i Hanoi, w innych miastach jest już okej i bez łaski włączają taksometry, co i jak potwierdzam). Nasz przystanek nazywa się KTX Trần Hưng Đạo. Kiedy tylko opuszczamy autobus jakaś lokalna elegancka kobieta też od razu ofiaruje nam pomoc we wskazaniu kierunku. Przywitanie nas przed Wietnamczyków oceniam więc bardzo pozytywnie, 100 razy milej niż rok temu przez Tajów, którzy to uważani są za tych milszych i wiecznie uśmiechniętych.

Do Son Tung Hotel mamy jakieś 200-300 m, przy czym czeka nas pierwsze słynne sajgońskie przejście przez ulicę ;) Ruch tutaj jest faktycznie niesamowity. W hotelu obsługa nie bardzo rozumie po angielsku i do tego okazuje się, że nie mają naszej rezerwacji z Agody w systemie jako potwierdzonej. Na szczęście okazuje się, że "nasz" pokój jest wolny i możemy za niego zapłacić dokładnie tyle, ile ściągnęłaby z naszego konta Agoda ;). Hotelik nie jest pierwszej świeżości i swoje już przeszedł, ale nasz pokój jest duży, ma okno,  jest w nim czysto i przyjemnie i za taką cenę naprawdę nie ma na co narzekać. Kolejna miła odmiana w porównaniu do Bangkoku.




Po rozpakowaniu się ruszamy przejść się słynną ulicą backpakersów czyli Phạm Ngũ Lão (mamy jakieś 500m) i trafiamy na naszą pierwszą zupę pho, pierwszą cafe sue da (słynna kawa ze skondensowanym mlekiem) i pierwsze wietnamskie piwo w miłej i polecanej knajpce Lam Cafe:






Bia Saigon to taki typowy azjatycki sikacz, ale jak się później okaże to topowe piwo wśród tych, które zaoferueje nam Wietnam. Pho jest dość smaczna - ma wyraźny anyżowy posmak, wołowina jest miękka a świeże zioła, które są znakiem rozpoznawczym wietnamskiej kuchni, fajnie podkręcają smak (ale ja kocham kolendrę!). Kawa to prawdziwa siekiera, ale kupuje moje serce i od tej pory towarzyszy mi w Wietnamie codziennie. 

Po jedzeniu idziemy na spacer po Dystrykcie 1, nie mogąc wyjść z szoku, jaki ruch tu panuje o tej porze a na koniec w ramach małego szaleństwa z okazji rozpoczęcia wyjazdu udajemy się do małej knajpki na baaardzo drogie, ale i bardzo pyszne, kraftowe piwo.



Sajgon robi na nas pozytywne wrażenie, lepsze niż Bangkok i muszę przyznać, że jest tu całkiem przyjemnie. W okolicy naszego hotelu rozkwita wieczorne życie i jak grzyby po deszczu wyrastają lokalne standy z jedzeniem. Zaczynają otaczać nas zapachy, jakie kojarzą nam się z tym rejonem świata. O jak dobrze być znów w Azji!

WYDATKI:
  • autobus 152 z lotniska - 5000 od osoby x2= 10 000 dng
  • pokój na jedną noc  (deluxe dla dwóch osób, z oknem ;)) - 317 000 dng
  • kolacja w Lam Cafe (pho bo, curry, trzy piwa Saigon, cafe sue da) - 158 000 dng
  • dwa piwa kraftowe w eleganckim pubie - 195 000 dng
  • woda 1,5 l - 10 000 dng
  • napój z trawy cytrynowej na targu - 20 000 dng

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz