Strony

czwartek, 18 stycznia 2018

Dzień 24 i 25 - Bangkok: rejs tramwajem wodnym i powrót do Polski (1 i 2 stycznia 2017)

Plany na dziś mamy ogromne - Pałac Królewski, China Town, Wat Arun wreszcie po remoncie, Wat Suthat i Giant Swing, Lumpini Park + wyzwanie dotarcia na lotnisko komunikacją publiczną - oj będzie się działo ;).

Około 9:00 ruszamy na śniadanie i uliczną kawę i herbatę oraz na pobliski targ Bang Rak  celem kupienia jakiś lokalnych przysmaków-upominków dla bliskich. Nie jest to proste wyzwanie, bo okazuje się, że 1 stycznia to w Bangkoku dzień wolny do pracy i większość sklepów oraz 3/4 targu są zamknięte na cztery spusty. Udaje nam się kupić kilka paczek suszonych bananów (35 bth sztuka), suszone mango, papaje a także... 3 kg smoczych owoców, które zamierzam zabrać do Polski. Wypłacamy też z bankomatu 1500 bth (zwiedzanie Pałacu kosztuje 500 bth za osobę).

Po zakupach wracamy do hotelu, pakujemy się, zostawiamy plecaki na recepcji i ruszamy do stacji tramwaju wodnego (stacja Oriental)  złapać pomarańczowy tramwaj do Pałacu Królewskiego (stacja Tha Chang). Wszyscy turyści w Bangkoku wpadli chyba na ten sam pomysł, bo tłok na przystani jest nieziemski a tramwaj wypchany jest do granic możliwości i ledwo unosi się na powierzchni Menamu. Bilet na ten najtańszy publiczny tramwaj kupuje się na pokładzie a koszt to 15bth niezależnie od ilości przepływanych stacji.




Kiedy  w gigantycznym tłumie doczłapujemy się wreszcie do bram Pałacu Królewskiego, okazuje się, że oboje jesteśmy zbyt roznegliżowani, by dostąpić zaszczytu obejrzenia królewskich włości i bez zakupy bluzki z rękawem dla mnie i długich spodni dla Bartka nie możemy wejść. Nagle narasta w nas niechęć do wydania 1000 bth + 300 bth na ubrania, potęgowana pewnie przez obecność ludzkich mas, które też pierwszego stycznia zamiast odsypiać imprezę postanowiły pozwiedzać i porzucamy nasze ambitne plany. Postanawiamy udać się w stronę Khao San Road na zakupy i chill ;) Na zdjęciu poniżej mój strój - teraz się domyślacie, czemu się wkurzyłam, że nie mogę wejść? Bartek też bynajmniej nie był roznegliżowany... Bluzka z rękawem (nie chusta!) i spodnie za kolano to konieczność.


Udaje nam się odnaleźć cudowny sklep z przyprawami, herbatami i żywnością, w którym obkupiliśmy się rok temu i na szczęście jest otwarty. 1000 bth przeznaczone na Pałac Królewski wydajemy więc z przyjemnością tutaj :). W moim koszyku lądują przyprawy do zrobienia panang curry czyli galangal, kaffir, tajska bazylia, holly basil, trawa cytrynowa a także gotowe pasty curry na czarną godzinę, drobne kosmetyki jako upominki dla koleżanek z pracy i mnóstwo tajskiej herbaty.





Następne dwie godziny spędzamy w jakiejś knajpce nieopodal Khao San, chillując się przy herbacie a potem decydujemy, że nie chce nam się podejmować wyzwania dotarcia kolejką do lotniska i pojedziemy taksówką.  Okazuje się więc, że tym razem nie zwiedziliśmy w Bangkoku zupełnie nic :). No cóż, trzeba będzie tu jeszcze kiedyś wrócić...

Wracamy tramwajem do hotelu, pani z obsługi pomaga nam złapać taksówkę i w 30 minut docieramy na International Airport. Jesteśmy jakieś trzy godziny przed odlotem, ale tego dnia ruch jest tak spory, że w zasadzie po odprawie wcale nie zostaje nam tak dużo czasu. Wydajemy resztę batów na jakieś kanapki i kawę i w końcu wsiadamy w samolot do Dohy (w którym klima mrozi tak arktycznie, że wysiadam z niego totalnie przeziębiona, choć wsiadałam zupełnie zdrowa...) i do Warszawy. Zgodnie z planem nad ranem docieramy do zimnej Polski...

WYDATKI:
  • śniadanie (zupa, wieprzowina z chilli, dwie kawy) - 180 bth
  • suszone owoce na prezenty - 350 bth
  • 3 kg smoczych owoców - 200 bth
  • kawa i herbata na ulicy - 40 bth
  • pamiątki i przyprawy - 1030 bth
  • tramwaj wodny 15 bth w jedną stronę x4 = 60 bth
  • taksówka na lotnisko 500 bth
  • curry, shake, dwie thai tea na Soi Rabuttri - 265 bth
  • 75 bth - opłata za highway (50 + 25)
  • 500 bth jedzenie na lotnisku

Wypłacamy 1500 bth z bankomatu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz