Strony

wtorek, 16 stycznia 2018

Dzień 22: Siem Reap - Beng Melea (30 grudnia 2017)

Około 8:00 udajemy się na hotelowe śniadanie - standardowo są kiełbaski, jajka, smażone wędliny, ryż i makaron z dodatkami, tofu z warzywami, owoce, tosty. Wybór w Hang Tep Hotel jest duży a obsługa na bieżąco dokłada kończące się potrawy, więc można najeść się do syta. Wsiadamy na nasz skuter i ruszamy około 60 km do świątyni Beng Melea. Część trasy pokonujemy autostradą a później nawigacja kieruje nas gliniastą drogę wśród uroczych wiosek. Wygląda tu idylicznie, obserwujemy dość nietypowe dla tego regionu wysokie palmy, chatki sprawiają wrażenie zadbanych a mieszkańcy - pewnie nieczęsto widujący białych (autobusy i tuk tuki do Beng Melea jadą okrężną, asfaltową drogą) - machają do nas i uśmiechają się.




Droga do świątyni zajmuje nam dobre 2 godziny, na szczęście po drodze mijają nas  wracające do Siem Reap autobusy pełne Chińczyków, więc może dane nam będzie obejrzeć te ruiny w spokoju. Kilkaset metrów przed terenem świątyni trafiamy do okienka z biletami. Wejście kosztuje 5$ od osoby a bilet do Angkor nie jest tutaj ważny.

Sama Beng Melea robi na nas ogromne wrażenie - z zewnątrz wygląda jakby miała się zaraz rozpaść, ale wewnątrz postawiono sieć mostków, po których można spacerować i eksplorować zakamarki całkiem dużej świątyni. Wrażenie robią sterty kamieni i pozostające do nich w kontraście  doskonale zachowane kolumny w oknach oraz drzewa i pnącza, które wrastają w budynki. W dodatku świątynia jest cała omszała i ma charakterystyczny, nierzeczywiście zielony kolor, który wcale nie wynika z podkręcenia kontrastu podczas obróbki fotografii. Co ciekawe, jest przyzwolenie na wspinaczkę po kamieniach, które niegdyś budowały zewnętrzne ściany świątyni, więc można tu rzeczywiście poczuć się jak jakiś Indiana Jones ;).  Nie spotykamy zbyt wielu turystó, ale pewnie zależy to od szczęścia, bo miejsce to leży na chińskim szlaku turystycznym ;). Trudno mi było uchwycić  piękno Beng Melea, zwłaszcza, że zdjęcia w południe nie wychodzą zbyt dobrze, ale musicie mi wierzyć, że warto było przejechać te 60 km w jedną stronę, by ją zobaczyć. 
















Usatysfakcjonowani udajemy się do knajpki w pobliżu świątyni na obiad. Nie pytamy o ceny i okazuje się to błędem, bo za bardzo średnie jedzenie (stir fry i bahn xeo) płacimy aż 15$! Za tyle to można się najeść w eleganckiej restauracji... Podczas powrotnej drogi mijamy co chwila khmerskie wesela (chyba jest to jakiś szczególnie szczęśliwy dzień na zaślubiny) a także wielki pochód pogrzebowy, w którym wszyscy idą ubrani w tradycyjne białe, żałobne stroje. Na autostradzie stoimy za to w wielkim korku, pośród palącego Słońca, spalin i pyłu, więc gdy tylko dojeżdżamy do hotelu, padamy jak muchy...

Wieczorem udajemy się na kolację do lokalu, który miło wspominamy po zeszłorocznej wizycie - Happy Herb Pizza w okolicach Pub Street. Ja decyduję się na lok laka a Bartek na green curry - to już chyba u nas tradycja ;).  Potem wciągamy jeszcze shake'i z mango a ja dopycham się bagietką kupioną w tym samym miejscu co wczoraj i idziemy spać. Jutro opuszczamy Kambodżę i ruszamy do Bangkoku.

Podsumowując - wycieczkę oceniam pozytywnie - fajnie było przejechać po raz kolejny przez typowe khmerskie wsie a także zobaczyć tradycyjne wesela i pogrzeb. Beng Melea jest przepiękna, to jedna z najpiękniejszych i najciekawszych świątyń, jakie widziałam. Utrzymywanie jej w takim "półdzikim" stanie na pewno podnosi jej oryginalność i atrakcyjność. Eksploracja zajmuje dobre 1,5 godziny, więc choć znajduje się dość daleko od miasta, to warto ją odwiedzić.


Wydatki:
  • wejście do Beng Melea x2 = 5x2=10$
  • obiad w okolicy świątyni (stir fry, bahn xeo, trzy napoje)- 13$
  • benzyna - 3$
  • kolacja w okolicy Pub Street (curry, lok lak, trzy piwa) - 7,5$
  • dwa shake mango - 2$
  • bagietka bahn mi z nadzieniem - 1$
  • zakupy w sklepie (dwie duże wody, piwa) - 4,25$

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz