Z samego rana wyruszam na pobliski targ Orussey Market na poszukiwanie lokalnych smakołyków, jednak nie znajduję żadnego gotowego jedzenia, tylko pół produkty. Na szczęście jakieś 200 m od naszego hotelu mieści się całkiem przyjemna wegańska knajpka Mi Chay Vegetarian Food, w której kupuję na wynos wontony i zupę. Po drodze zgarniam też dwie kawy z ulicznego wózka od bardzo miłej dziewczyny, która jest wyraźnie podjarana faktem, że chcę coś u niej kupić ;). Zarówno zupa jak i wontony okazują się przepyszne! Około 9:00 wychodzimy przed hotel i zgodnie z naszymi przypuszczeniami pan, z którym się wczoraj umawialiśmy nie przyjeżdża. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, gdyż w kilka minut pojawia się kilku kierowców chętnych zabrać nas ze sobą. Co ciekawe, panowie od razu rzucają cenę 15$ - pewnie gdybyśmy chcieli, dalibyśmy radę zejść jeszcze parę dolarów w dół. Zaczynamy od Tuol Sleng Muzeum czyli muzeum "śmierci". Jest to dawne liceum przekształcone w więzienie, w którym to czerwoni khmerzy torturowali wrogów systemu. Do biletu można dokupić audiotour i zdecydowanie warto to zrobić. Słuchając relacji z audio przewodnika powoli spacerujemy po tym niezwykłym miejscu, zgłębiając historię strasznej zbrodni, która miała miejsce tutaj tak nie dawno, za życia naszych rodziców. Spędzamy tu dobrą godzinę albo i więcej dlatego zamawiając tuk-tuka upewnijcie się, że macie nielimitowany czas na zwiedzanie.

Do kolejnego miejsca, którym są Pola Śmierci (Killing Fields) jest dużo dalej - droga liczy około 10-12 km i szczerze mówiąc - drugi raz bym tu nie przyjechała. Po wyzwoleniu obóz został całkowicie zniszczony i zrównany z ziemią i poza pamiątkowymi tabliczkami i stupą pełną czaszek - bądźmy szczerzy - nic tu nie ma... Całą historię poznajemy w Muzeum Śmierci, które jest autentyczne, pełne zdjęć, pamiątkowych eksponatów. W audio przewodniku z Pól Śmierci historia, którą słyszeliście w TS jest w zasadzie powtarzana. Mam też mieszane uczucia, co do publicznego wystawiania czaszek poległych... Jeśli podróżujecie na budżecie i liczycie się z każdym groszem, oszczędzicie sporo kasy omijając to miejsce. Do o wiele ciekawszego Tuol Sleng można dojść piechotą (bo leży w centrum, np. kilometr od naszego hotelu), dzięki czemu ominie Was wydatek 15$ na tuk tuka i 6$ od osoby za bilet wstępu... Oczywiście jak ktoś bardzo interesuje się historią ludobójstwa albo chce oddać hołd ofiarom, to nie zamierzam nikogo zniechęcać - ja jednak uważam, że dla przeciętnego podróżnika, który nie jest historycznym ignorantem, Muzeum Śmierci będzie wystarczające.
Około godziny 13 jesteśmy z powrotem pod hotelem. Idziemy umyć się, odpocząć chwilę i decydujemy się na poszukiwanie jakiejś tajskiej restauracji, bo Bartkowi od dawna marzy się dobre green curry. Ja zamawiam lok laka czyli typowo khmerskie danie - jest to ryż z wołowiną w specjalnym słono-kwaśnym sosie podawany tradycyjnie z sadzonym jajkiem. Po jedzeniu idziemy tak jak poprzedniego dnia na promenadę, gdzie raczymy się wątpliwej jakości kambodżańskim piwem. W drodze do domu kupujemy znowu wontony w wegańskiej knajpce, Bartek odbiera zaniesione dzień wcześniej pranie, za które płaci... 6$ i do teraz nie potrafi mi wyjaśnić, jak to możliwe (było to dosłownie kilka rzeczy) i idziemy spać.
Podsumowując nasz pobyt w stolicy Kambodży muszę się zgodzić z opinią wielu osób, że nic tu nie ma ;). Brałam te recenzje pod uwagę już przed wyjazdem i dlatego zdecydowałam się zaplanować tutaj tylko półtora dnia, ale szczerze mówiąc uważam, że pół by wystarczyło. Gdybyśmy wyjechali z Kep pierwszym busem o 7:00 rano, spokojnie dalibyśmy radę tego samego dnia zwiedzić Muzeum Ludobójstwa a nawet spokojnie starczyłoby czasu na Pola Śmierci (które tak jak pisałam wcześniej polecam ominąć). Do tego wieczorny spacer do Wat Phnom, nocka w hotelu i z rana wypad dalej ;). Jeśli nie chcecie zwiedzać obiektów związanych z reżimem czerwonych khmerów, to Phnom Penh możecie bez żalu wykreślić z planu wycieczki. A jak sobie pomyślę, że gdybym skróciła swój pobyt tutaj do minimum, to mogłabym spędzić jeden dzień więcej w Wietnamie np. zwiedzając cesarskie miasto Hue, to już w ogóle jest mi smutno ;).
WYDATKI:
- śniadanie na wynos w wegańskiej knajpce (zupa, wontony) - 5,25$
- dwie kawy z ulicy - 1,5$
- tuk tuk - 15$
- muzeum ludobójstwa - 2x3$ za bilet, 2x5$ za audio = 16$
- pola śmierci - 2xbilet+2xaudio = 12$
- obiad z piwem i napojami x2 w tajskiej restauracji = 11$
- duże piwo i frappe nad promenadą - 4,5$
- pranie - 6$
- 2xwontony w wegańskiej knajpie = 6$
- 3 piwa w hotelu - 3$




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz