Po raz kolejny przekraczanie granicy z Kambodżą mogę nazwać niedorzecznym. Tym razem jednak w pozytywną stronę. Punktualnie o 7:00 czekamy pod naszym hotelem na transport na granicę. Spodziewamy się moto taxi, które zawiozą nas na granicę, tymczasem przyjeżdża po nas... autobus ;) Co ciekawe jesteśmy jedynymi pasażerami :) W kilka minut dojeżdżamy do przejścia granicznego, gdzie czeka na nas jakaś miła pani, która ma nas przeprowadzić na drugą stronę. Pani wyjmuje z torebki totalnie wygniecione dokumenty, które wypełniliśmy poprzedniego dnia i dołącza do nas jeszcze jakąś parkę Azjatów z olbrzymim podłużnym bagażem. Idziemy za panią posłusznie i po około 45 minutach jesteśmy w Kambodży. Bez żadnego podpisu, kontroli bagażu, Bartek bez zdjęcia, bez kontroli lekarza... Za przejściem granicznym oczekujemy na jakiś autobus, tymczasem podjeżdża po nas... mercedes... Jakieś kilkanaście minut kierowca głowi się, jak włożyć dziwny bagaż azjatyckiej pary do środka, w końcu jakoś upychamy się i kilkanaście minut później jesteśmy w Kep przed drzwiami hotelu, który rezerwowaliśmy ;).
Boat House to pięknie położony w sąsiedztwie Parku Narodowego pensjonat prowadzony przez pomocnego Francuza Dominika i jego khmerską żonę. Pokoje i sprzęty są lekko podstarzałe, ale wszystko wydaje się porządnie wysprzątane i pachnące a ogród pełen zieleni dookoła budynku wynagradza brak luksusów.
Okazuje się, że w Kep akualnie odbywa się Festiwal Owoców Morza, na który ma przyjechać sam premier i wszędzie jest gwarno i tłoczno a dookoła nadmorskiej promenady rozstawiają się setki stanowisk z seafoodem i innymi przekąskami. Jest jednak wcześnie i póki co niemal wszystko jest pozamykane, więc dosyć długo krążymy w poszukiwaniu śniadania. Znajdujemy w końcu dosyć tanią knajpkę w sąsiedztwie plaży o nazwie "Beachside tacos" ;) i zamawiamy jedzenie - sajgonki, zupę tom yum, kawy i koktajle. Azjatycka kuchnia w tym miejscu jest dosyć tania, bo szereg dań kosztuje w granicy 1,5-3$, zupa tom yum okazuje się prawdziwie tajska i przepyszna a moje serce kradnie niesłodki shake kokosowy ;). Na pewno tutaj jeszcze wrócimy!
Po krótkim odpoczynku w pensjonacie postanawiamy wybrać się na mały trekking do pobliskiego Kep National Park. Nie ma tu zbyt wielu turystów, ale i nie odnotowaliśmy zbyt wielu atrakcji. Jest trochę punktów widokowych, wielkich lian i imponujących drzew figowych a trasa dookoła parku liczy około 8 km i wydaje się optymalna na nasze dzisiejsze możliwości. Niestety pogoda nam średnio dopisuje i to jedyny dzień podczas całej wycieczki, kiedy czujemy zimno - jest około 20 stopni ;).
Na obiadokolację wracamy do Beachsie Tacos a później lokujemy się w jakiejś knajpce blisko plaży i relaksujemy się pijąc piwo.
Kep wydaje się fajną, nadmorską miejscowością, do której przyjeżdża pewnie sporo lokalsów na wakacje. Z turystów królują tu Francuzi, którzy wręcz nazywają Kep swoją miejscowością. Całe miasto to w zasadzie jedna ulica a za miastem widać sporo ekskluzywnych willi pełniących pewnie funkcję letnich rezydencji dla bogatszych mieszkańców Kambodży. Plaża jest ładna, ale niewielka i taka typowo miejska, więc jak ktoś liczy na rajski klimat i chill pod palmami to się mocno rozczaruje ;). Ruch uliczny wydaje się tu być jakieś 1000 razy mniejszy niż w Wietnamie a i ludzi jest sporo, sporo mniej. Dziwny jest fakt, że znajdujemy się jakieś 20 km od granicy a trafiamy do zupełnie innego świata.
WYDATKI:
- bahn mi opla i cafe sue da na granicy - 30 000 dng
- śniadanie w Kep (tom yum, sajgonki, dwie kawy, shake kokosowy) - 7$
- trzy noclegi w Boat House (pokój dwuosobowy z klimatyzacją) - 54$
- wstęp do Parku Narodowego - 2x1$ = 2$
- sok z trzciny cukrowej - 0,5$
- obiad (ryż z jajkiem, makaron z dodatkami, dwa piwa, kawa) - 7$
- dwa duże piwa i duża woda - 4.5$











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz