O godzinie 5:00 schodzimy do recepcji, gdzie czeka już na nas Thinh - przewodnik, z którym popłyniemy zobaczyć główną atrakcję Delty Mekongu - pływające targi. Na przystani poznajemy przesymapatyczną Lou - kierowcę naszej łodzi i jeszcze przed wschodem słońca ruszamy.
Thinh okazuje się bardzo rozmowny i chętnie odpowiada na wszystkie nasze pytania dotyczące życia w Wietnamie, panujących tu zwyczajów a nawet wypowiada się w kwestiach politycznych. Droga na pierwszy targ Cai Rang mija nam więc przyjemnie i szybko.
Cai Rang to rynek hurtowy i przypływają tutaj sprzedawcy z różnych rejonów Delty, by handlować owocami i warzywami. Popijając gorącą kawę możemy więc podziwiać statki obładowane arbuzami, ananasami czy mango. Każda łódź ma zawieszoną na szczycie masztu flagę z towaru, jaki można na niej kupić.
Następnie płyniemy do marketu Phong Dien, na którym kwitnie handel detaliczny. Wspaniale patrzy się na uwijające się na łódkach Wietnamki, w tradycyjnych stożkowych kapeluszach i swoich śmiesznych dresiko-piżamkach (tak nosi się większość dojrzałych kobiet w mniejszych miastach w Wietnamie). Tutaj wysiadamy i idziemy do knajpki znajdującej się tuż obok rzeki, gdzie dostajemy pyszne śniadanie, składające się z owoców i tradycyjnej dla południa zupy hu tieu a także rewelacyjnych suszonych bananów z dodatkiem imbiru. Przez około pół godziny siedzimy sobie na piętrze i obserwujemy życie toczące się na Mekongu. Trzeba przyznać, że po raz kolejny jestem pod wrażeniem serdeczności wiejskiej ludności Wietnamu - kiedy płyniemy, panie na łódkach machają nam i szeroko się uśmiechają. Nie, nie chcą nam nic sprzedać - raczej nie ma tu nic, co mógłby kupić turysta.
Kiedy opuszczamy market Phong Dien, zaczyna się najpiękniejsza część naszej wycieczki - rejs wąskim kanałem i spacer po okolicznej wsi. Pamiętacie, że byłam zauroczona podobną atrakcją w okolicach Ben Tre??? Tutaj jest jeszcze lepiej!!! Nasza łódka jest może większa i kanały są szersze, ale okolica wygląda idyllicznie a samo krążenie po kanale trwa duuuużo dłużej niż w Ben Tre - płyniemy nim ponad godzinę! Zieleń, która nas otacza wydaje się wręcz nierealna! Nigdy nie czułam potrzeby odwiedzania rajskich wysp z bezludnymi plażami i picia drinków o zachodzie słońca - dla mnie rajski krajobraz to właśnie to, co widzicie na poniższych zdjęciach!!! To nie do wiary, że ludzie żyją w tak cudownych okolicznościach przyrody. Muszę przyznać, że jestem autentycznie wzruszona i bliska płaczu.
Kończąc rejs, docieramy do manufaktury makaronu ryżowego, która jest już mocniej turystyczną atrakcją, ale i tak nam się podoba. Długi czas spędzamy z naszym przewodnikiem przy kawce, dyskutując o różnicach kulturowych i codzienności mieszkańców Polski i Wietnamu.
Po blisko 7-godzinach, które naprawdę minęły w oka mgnieniu, wracamy do Can Tho. Idziemy odpocząć do hotelu a w okolicach 17:00 wyruszamy na miasto. Spacerujemy po przystani, odwiedzamy przepiękną kadoistyczną świątynię Ong i szukamy jedzenia. Bartek namawia mnie do zjedzenia we włoskiej restauracji, w której jest drogo a zamówione przez nas potrawy okazują się obrzydliwe. Moje bahn xeo są niezjadalne - smakują jak polskie naleśniki wypchane warzywną mieszanką chińską. Nie muszę mówić, że płacimy za nie jak za zboże. Idę więc dojeść na moim ulubionym nocnym markecie i zamawiam oczywiście cuda na patyku. Mniam mniam, trzeba było tak od razu :).
Podsumowując naszą wycieczkę - muszę przyznać, że jestem zachwycona! Skorzystaliśmy z usług tej firmy =>http://www.ecotourcantho.com/ i jak najbardziej uważam ją za godną polecenia. Trafiliśmy na doskonałego przewodnika i uroczą panią prowadzącą łódkę! W cenie mieliśmy pyszne śniadanie, kilka razy proponowano nam kawę, dostaliśmy też sporo owoców w czasie rejsu a na pamiątkę ryżową "pizze" z fabryki makaronu. Wycieczkę zamówiliśmy mailując z Eccotours jeszcze w Polsce (błyskawicznie odpowiadają na wiadomości). Jak zawsze możecie trochę oszczędzić i poszukać kierowcy w okolicy przystani albo zdecydować się na grupową wycieczkę oferowaną przez hotele lub bezpośrednio na przystani. Co do samej atrakcji uważam, że targi na Mekongu za warte odwiedzenia - miejsce to jest bardzo autentyczne (choć Thinh opowiadał, że ten sposób handlu wymiera i być może za parę lat lądowe markety całkowicie zastąpią te pływające) i pozwala na obserwację realiów życia w Delcie Mekongu. Nie ma tu też zbyt wielu turystów - podczas krążenia po targach obserwuje się pojedyncze łodzie, ale nie ma tłumu, korków i tego typu rzeczy, towarzyszących często popularnym atrakcjom w Azji. Podczas rejsu wąskim kanałem i spaceru po wsi nie napotkaliśmy natomiast żadnej innej łodzi. No idylla! Muszę przyznać, że ta wycieczka to chyba mój numer jeden całego wyjazdu. Dokładnie tak sobie wyobrażałam Deltę Mekongu.
WYDATKI:
- wycieczka 7 godzinna dla dwóch osób - 1 200 000 dng
- napiwek dla pani prowadzącej łódkę - 50 000 dng
- suszone banany w imbirze z łódki x 4 = 40 000 dng
- obiad w okropnej knajpie (ohydne bahn xeo, curry, napoje) - 198 000 dng
- szaszłyki na Nocnym Markecie 3 sztuki - 40 000 dng


































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz