Ponownie wstajemy dość wcześnie, bo przed ósmą. Przed wyruszeniem w trasę szukamy śniadania, ale o tej godzinie większość tanich knajpek jest jeszcze zamknięta. Trafiamy do mocno turystycznej, eleganckiej restauracji, gdzie set śniadaniowy kosztuje zbójeckie 200 bth. Zamawiam zestaw z ryżem i krewetkami, do tego bekon, herbatę i talerz owoców.
Przedłużamy wypożyczenie skutera na kolejny dzień i ruszamy ponownie w stronę góry Doi Suthep - tym razem bez błądzenia ;). Pierwszym punktem na naszej trasie jest wodospad MONTHA THAN. Wejście tu kosztuje 100 bth od osoby + 20 bth za motor a sam wodospad jest mały i nie warty tej ceny. Mamy tu za to początek szlaku trekkingowego, więc jeśli ktoś chce w tym miejscu rozpocząć łażenie po dżungli, to oczywiście warto zapłacić. Jeśli natomiast nie macie ochoty na trekking, odpuścicie sobie - podobny wodospad znajdziecie w powrotnej drodze za damkę ;).
Mijamy świątynię i kierujemy się w stronę szczytu. Docieramy do trasy trekkingowej na szczyt DOI PUI. Zostawiamy skuter przed barierkami. Na trasie widzimy kilka osób, ale jest dosyć pustawo. Znajdujemy tu punkt biletowy, ale wygląda na opuszczony, wychodzi więc na to, że w tym okresie żadne opłaty nas nie obowiązują. Droga ma około 3 km i wiedzie podobno szklakiem ptaków, ale chyba ptaki wyginęły w tej okolicy wraz z pracownikami punktów biletowych, bo zbyt wiele ich nie słyszymy ;). Są za to wielkie robale i bujna, egzotyczna roślinność.
![]() |
| blair witch project |
Po kilkudziesięciu minutach wspinania się docieramy na szczyt i pobliski punkt widokowy, który miał być największą petardą naszej dzisiejszej wycieczki, ale okazuje się, że gęsta mgła psuje nam zabawę ;). Mimo wszystko sceneria jest magiczna - jest pusto, wilgotno i nic nie widać. Są tu też jakieś ławeczki i budka, która według opisu na drogowskazie serwuje jedzenie i picie, ale w tym momencie nie ma tu śladu ludzkiej aktywności ;).
![]() |
| punkt widokowy ;) |
Schodzenie idzie nam już zdecydowanie szybciej niż zdobywanie szczytu i po kilkunastu minutach wchodzimy z powrotem na motor. Zjeżdżając w stronę miasta dostajemy się na teren kolejnego parku z wodospadem. Zanim do niego wejdziemy, decydujemy się obiad w jednej z małych knajpek, które znajdują się przed wejściem. Ja zamawiam oczywiście khao soi, a Bartek ryż z bazylią i wieprzowiną. Bierzemy też kawę i zieloną mrożoną herbatę, która okazuje się oczywiście mlecznym słodkim ulepem ;)
Wejście na teren parku z wodospadem HUAYKEAW jest bezpłatne. Pełno tu lokalsów, widać, że to ich ulubione miejsce na rodzinne pikniki. Dzieci taplają się beztrosko w wodzie, mimo iż jest zakaz pływania w wodospadzie, a wszyscy (łącznie z nami) łażą po ogromnych kamieniach, choć wyraźnie jest napisane "not climb" ;). Tak to jest z tym przestrzeganiem zasad w Azji ;).
Po drodze kończy nam się też benzyna, więc kupujemy trzy butelki u pani handlującej ubraniami pod świątynią ;). Jest około 14:00, więc skręcamy w stronę pobliskiego CHIANG MAI ZOO, które jest ponoć jednym z najlepszych w tej części świata. Parking dla skuterka kosztuje 20 bth, a wejście do zoo 150 bth od osoby. Warto też dodać, że osobno trzeba zapłacić za zobaczenie pand, pingwinów i akwarium ;). Decydujemy się dopłacić za pandy, bo nigdy wcześniej nie widziałam na żywo tych zwierząt. Jest ich ponoć tylko 35 w ogrodach zoologicznych na całym świecie. Zoo jest świetne, bo umieszczone jest na zboczu góry i wędrówka między przystankami ze zwierzętami to dość wyczerpujący trekking - zwłaszcza, że jest już dużo cieplej niż na górze. Zachwycam się też wspaniałą roślinnością - wszystkie kwiaty i drzewa są dokładnie opisane. Godnym obejrzenia miejscem jest też Park Ptaków, którego zwiedzenie połączone jest z ostrą premią górską po schodach na samą górę ptasiej zagrody ;). Nie ma tu tłoku, w niektórych miejscach jesteśmy zupełnie sami i możemy rozkoszować się wspaniałą przyrodą i widokami. Zwierzęta w zoo Chiang Mai można karmić - trzeba za 20 bth kupić specjalną miseczkę wypełnioną przekąskami. Co ciekawe, można karmić też drapieżniki - taki jaguar dostaje np mięsko na patyku ;).
Odbywają się tu też co godzinę specjalne show z fokami, ale my akurat zwiedzanie rozpocżęliśmy od końca i do części fokowej dochodzimy, gdy zoo powoli pustoszeje i jest zamykane. Okazuje się, że łaziliśmy tu ponad 3 godziny. Miejsce to zrobiło na nas pozytywne wrażenie - zwierzęta mają duże wybiegi, jest czysto i raczej nie śmierdzi.
Zahaczając o stację benzynową, dotankowujemy motor do pełna. Warto wspomnieć, że motory tankuje się tu benzyną 91, a w wypożyczalni dostajecie zazwyczaj motor z pełnym bakiem i taki też macie oddać ;).
Zahaczając o stację benzynową, dotankowujemy motor do pełna. Warto wspomnieć, że motory tankuje się tu benzyną 91, a w wypożyczalni dostajecie zazwyczaj motor z pełnym bakiem i taki też macie oddać ;).
Kiedy wracamy, okazuje się, że Saturday Market działa także dzisiaj, mimo iż jest niedziela, więc ponownie rzucamy się na sushi. Dostajemy nawet kilka sztuk gratis jako stali klienci ;). Ja dopełniam się jeszcze marketowym khao soi, a jakże ;) i zamawiamy owocowe shake'i. W tym miejsce wspomnę jeszcze, że wszelkie tajskie świeżo robione soki i shake'i nie mają wbrew pozorom wiele wspólnego ze zdrowym odżywaniem. Na szklankę soku wchodzi może z garść owoców, a reszta to lód, ogromne ilosci cukru i woda. Do shake'a dochodzi jeszcze słodkie skondensowane mleko ;).
Wieczorem zamawiamy sobie miejsca na kursie gotowania na następny dzień :).
WYDATKI:
- set śniadaniowy dla dwóch osób w drogiej knajpie - 2x200 bth = 400 bth
- motor na 24 h - 250 bth
- wejście do wodospadu Montha Than - 2x100 bth + 20 bth motor = 220 bth
- obiad w przydrożnej knajpce - dwa dania, dwa napoje + woda = 155 bth
- paliwo z dwóch dni (przejechane okołó 200 km) = 200 bth
- zoo - 2x150 bth + 2x100 bth za pandy + 20 bth motor = 520 bth
- karmienie słonia - 20 bth
- sushi na Night Market - 100 bth (20 kawałków + kilka gratis)
- Khao Soi na Night Market - 40 bth
- Shake'i na Night Market 2x20 bth = 40 bth




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz