Wstajemy dosyć wcześnie z zamiarem kupienia wreszcie jakiejś lokalnej kart SIM, gdyż chcemy wybrać się w podróż na skuterze i przydałaby się nam nawigacja. Najpierw z godzinę chodzimy do sklepu do sklepu, gdyż okazuje się, że wszędzie karty są wyprzedane, a gdy w końcu kupujemy jakąś, nie możemy aktywować internetu... Prosimy o pomoc obsługę naszego hostelu, potem kilka przypadkowo poznanych osób, aż w końcu udajemy się do punktu obsługi sieci telefonicznej, z której kartę nabyliśmy. Po kilkudziesięciu minutach grzebania w telefonie pracownicy stwierdzają jednak, że " we don'ty know why it doesn't work" i z uśmiechem oddają nam bezużyteczne urządzenie. Tracimy kilka ładnych godzin na bezskuteczne rozkminianie tego problemu i nie ukrywam, że jesteśmy nieco podirytowani... Odważnie postanawiamy ruszyć jednak w drogę z użyciem tradycyjnej mapy.
Trafiamy do wypożyczalni sprzętu, która znajduje się pod naszym guesthouse'm (w zasadzie tego typu punkty rozmieszczone są w Chiang Mai co 10 metrów) i wybieramy sobie skuter. Ponieważ góra Doi Suthep na którą chcemy wjechać jest dosyć stroma, bierzemy silniejszą maszynę niż standardowa 150. Za wypożyczenie na 24 godziny płacimy 250 bth (najtańsze skutery kosztowały 150 bth) i zostawiamy w zastaw Bartka paszport. Podobno nie poleca się tego robić - możecie znaleźć wypożyczalnie, które godzą się na ksero paszportu i depozyt pieniężny, ale jest już późno, a nam się nie chce łazić. Ponadto punkt ten "zaprzyjaźniony" jest z naszym guesthouse'm - ufamy więc, że nie spotka nas żadna przykra niespodzianka. Oddajemy tu też pierwszy raz brudne ubrania do pralni - cena to 40 bth za kilogram, a na odbiór czeka się 24 godziny). Pani pracowniczka wyposaża nas w mapę - droga wygląda prosto - i ruszamy.
Na ulicy panuje ogromny chaos, a Bartek musi radzić sobie z ruchem lewostronnym i moimi nieudolnymi próbami odczytania mapy, więc nie jest lekko. W dodatku po przejechaniu jakiś 500 m zatrzymuje nas policja - to rutynowa kontrola drogowa, zatrzymują wszystkich. Sprawdzają nasze prawo jazdy i pozwalają nam jechać dalej - podobno do jazdy w Azji potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy, którego nie mamy, ale widać, że nie wszyscy policjanci o tym wiedzą albo po prostu nie czują potrzeby, by się czepiać ;). Wyjechanie z obszaru Old City nie należy do łatwych, bo po wewnętrznej stronie kanału jeździ się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, a po zewnętrznej odwrotnie i trzeba się jakoś w to wstrzelić ;). W końcu opuszczamy ścisłe centrum i bardzo zadowoleni z siebie ruszamy drogą za miasto. Po przejechaniu około 50 km zaczyna martwić nas brak jakiejkolwiek tablicy wskazującej kierunek Doi Suthep i zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Bardzo miła pani wyjaśnia nam, że jedziemy w zupełnie innym kierunku, ale "tutaj też trafimy na ładne tereny, więc nie ma się co martwić" ;). Wskazuje nam właściwą drogę - okazuje się, że trzeba jechać dokładnie w przeciwną stronę... Ruszamy ;).
Trafiamy w końcu na drogę oznaczoną kierunkiem "Doi Suthep" i zgodnie z opisami z z blogów podróżniczych, stoimy w dość dużym korku. Wreszcie wyjeżdżamy za miasto i zaczynamy jechać pod górę. Mijamy punkt widokowy i drogowskaz na wodospady, a po kilkunastu minutach docieramy do celu naszej wycieczki - przepięknej świątyni WAT PHRA DOI SUTHEP, wkomponowanej w zbocze góry o tej samej nazwie. Jej złota stupa widoczna jest z niemal każdego punktu miasta - pod warunkiem, że nie ma mgły ;).
Zanim decydujemy się na zwiedzanie, kupuję sobie bluzkę z długim rękawem na jednym z licznych straganów pod świątynią, gdyż na motorze w górach robi się dosyć zimno (warto dodać, że zgodnie z poradami pracowników z wypożyczalni skuterów mam na sobie długie getry i trampki). Pałaszujemy też khao soi, gdyż jedliśmy tylko śniadanie w guesthousie ładne kilka godzin temu.
Wejście do świątyni kosztuje 30 bth od osoby. Jest tu dość dużo ludzi, ale i tak całość robi na nas wrażenie. Panuje tu specyficzna, nieco senna atmosfera. Możemy podziwiać liczne posągi i złote stupy, a także wejść na punkt widokowy, skąd mimo zamglenia, dość dobrze widać panoramę miasta. Jeśli nie chcecie jeździć motorem, możecie dostać się tutaj za pomocą jednego z licznych songteawów (czerwonych busików z dwoma ławeczkami w środku), ale nie wiem, jaka jest cena. Złapiecie je bez problemu w dowolnym punkcie Chiang Mai, ale podobno te w kierunku Doi Suthep mają przystanek naprzeciwko uniwersytetu.
Po zwiedzeniu świątyni ruszamy wyżej. Mijamy jakąś rezydencję królewską, do której również tłoczą się turyści, ale my decydujemy się nie zatrzymywać. Droga robi się coraz bardziej stroma i kręta, ze dwa razy musimy zejść z motoru i podejść kawałek, lekko pada deszcz, a mgła robi się gęsta jak budyń. Na kolejnym punkcie widokowym, który mijamy, nic już nie widać:
Warto dodać, że wjeżdżając na szczyt trzeba trąbić przed każdym zakrętem, tak by osoby jadące z naprzeciwka was słyszały.
Mijamy też kilka wiosek plemiennych, które za odpowiednią opłatą można pewnie odwiedzić, ale jakoś nie mamy na to ochoty. Wjeżdżamy wreszcie na samą górę, gdzie trzeba zostawić motor i ruszyć na szczyt wyznaczonym szlakiem trekkingowym, ale ponieważ robi się ciemno i szaro, decydujemy się odłożyć tę wycieczkę na kolejny dzień.
W drodze powrotnej Bartek pomaga lokalsom w odkopaniu samochodu, który wypadł z trasy:
Kiedy tylko zjeżdżamy z góry do miasta, robi się z powrotem ciepło i miło. Zostawiamy motor, idziemy coś zjeść, a potem ruszamy na SATURDAY NIGHT MARTKET, który znajduje się przy południowej bramie Old City, w okolicy ulic Bumbrung Buri i Wua Lai. Można na nim kupić tylko i wyłącznie żywność. Panuje spory tłok, ale warto się tu wybrać, bo jedzenie wygląda fenomenalnie. Do tego jest naprawdę tanio:
My decydujemy się spróbować sushi, przygotowywanego przez miłe dość młode małżeństwo. Wybór rodzajów jest ogromny, a kawałeczek kosztuje... 5 bth! Muszę dodać, że nie przepadam za sushi. Bierzemy na spróbowanie kilka kawałeczków, patrzymy na siebie wymownie i.... zamawiamy kolejne kilkanaście :D. Jest to nie tylko najlepsze ( i najtańsze) sushi, jakie jadłam w życiu, ale też zwyczajnie jedyne sushi, które mi smakowało spośród wszystkich przeze mnie testowanych (a próbowałam go w wielu polecanych restauracjach specjalizujących się w kuchni fushion). Smak i kompozycja poszczególnych kawałeczków jest nie do opisania - już choćby dla tej wyżerki warto odwiedzić Chiang Mai. Moje ulubione było z tuńczykiem:
Potem decyduję się jeszcze na pierożki gyoza, które smakują wyśmienicie, ale pozostają w cieniu sushi:
Nieprzyzwoicie obżarci idziemy do znajdującego się na naszej ulicy irlandzkiego pubu i zamawiamy sobie po Changu ;).
WYDATKI:
- karta SIM - 299 bth
- wypożyczenie skutera na 24 godziny - 250 bth
- obiad - Khao Soi x 2 na Doi Suthep - 100 bth
- kawa na Doi Suthep 40x2 = 80 bth
- bluzka - 200 bth
- wejście do świątyni Doi Suthep - 2x30 bth = 60 bth
- pranie - 152 bth
- kolacja - 2xcurry + soki - 150 bth
- sushi na markecie - 140 bth (jeden kawałek 5 bth)
- gyoza na markecie 60 bth
- 2 x piwo Chang w lokalu - 200 bth
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz