Na stacji autobusowej znajdujemy punkt zamawiania taksówek. Pani dyspozytorka przyjmuje zlecenie i od razu pobiera opłatę - w naszym przypadku jest to 150 bth za około 4 km. Docieramy do zabookowanego guesthouse'u - nazywa się DIVA GUESTHOUSE i mieści się w graniach Starego Miasta. Jest wcześnie, a recepcjonistka informuje nas, że check-in będzie możliwy dopiero około południa, więc trochę opadają nam skrzydła. Podróż strasznie nas wymęczyła i mamy ochotę umyć się porządnie i przespać parę godzin... No nic, obsługa zaprasza nas jednak do swego rodzaju living roomu, gdzie możemy się rozgościć, skorzystać z internetu i zamówić coś do jedzenia. Do naszej dyspozycji jest też wspólna łazienka. Ja zamawiam sate z kurczaka a Bartek kurczakową ryżankę, do tego herbata i kawa. Zaczynamy rozmowę z grupą osób siedzących na sąsiedniej sofie. Po chwili okazuje się, że to Polacy. Po śniadaniu wychodzimy powłóczyć się trochę po okolicy - Stare Miasto, w którym mieszkamy zbudowane jest na planie kwadratu i otoczone ze wszystkich stron kanałem wokół którego rozciągają się ruiny muru obronnego. Pogoda jest bardzo przyjemna, jest nieco chłodniej niż w Kambodży, ale nadal ciepło. Niebo spowijają jasne chmury, a mgła uniemożliwia dostrzeżenie gór, które okalają miasto.
W końcu nadchodzi 12:00 i możemy się zameldować. Nasz pokój posiada łazienkę i klimatyzację. Cały wystrój hotelu utrzymany jest w specyficznym klimacie - bardzo kolorowym i wręcz nieco przaśnym. Widać, że miejsce to ma serce i na pewno spodoba się zagubionym duszom ciągnącym do Azji w poszukiwaniu sensu życia ;). Sprzęty są lekko przeorane, służyły pewnie pierwszemu pokoleniu hipisów, ale do czystości i zapachu nie można się przyczepić. Na całym piętrze unosi się woń kadzidełek, ale nie wiem, czy to zasługa personelu czy specyficznej klienteli. Obsługa jest nadzwyczaj sympatyczna i pomocna. Dowiadujemy się też, że jedzenie z restauracji będzie dopisywane do naszego rachunku, a piwo możemy sami brać z lodówki, kiedy chcemy i wpisywać jego ilość do specjalnego zeszytu ;).
Myjemy się i zgodnie z przewidywaniami padamy ;). Około 16:00 budzi nas głód ;). Wypełzamy z pokoju i przecznicę dalej znajdujemy jakąś miłą knajpkę. Ja kuszę się oczywiście na słynne Khao Soi, czyli zupę, którą polecał mi dosłownie każdy, kto był w Chiang Mai. Jest to swego rodzaju bardzo intensywny i doprawiony po tajsku rosół ze smażonym suchym makaronem. Bardzo mi smakuje, ale nie pobija póki co khmerskiej zupy z trawy cytrynowej. Bartek zamawia ryż z krewetkami. Za dwa dania i dwa piwa płacimy 220 bth - bardzo miło ;).
Słońce już zaszło, więc udajemy się w poszukiwania nocnego marketu. Udajemy się na oddalony o 1,5 km Night Bazaar (trzeba przejść przez wschodnią bramę Ta Phae Gate), który znajduje się poza granicami Starego Miasta. Podobno czynny jest codziennie. Sporo tu straganów z ubraniami, pamiątkami, rękodziełem, ale są też restauracje i bary - nie ma za to za wiele typowego ulicznego jedzenia. Łazimy kilkadziesiąt minut między straganami, ale wszystkie ubrania tracą, kiedy się do nich zbliżam ;). Zdecydowanie tajskie łaszki wydaja się fajniejsze, kiedy nie próbuje się sprawdzić z jakiego materiału są zrobione. W końcu zjadam sobie moje pierwsze w życiu mango sticky rice, a Bartek zamawia lokalną whisky z colą. W drodze do domu gubimy się z dziesięć razy, ale na szczęście trafiamy na miejsce. Przygoda z Chiang Mai rozpoczęta!
WYDATKI:
- taksówka z Arcade Bus Stationa na Stare Miasto - 150 bth
- gazeta z kiosku - 30 bth
- 5 noclegów w Diva Guesthouse - 2500 bth
- obiad - dwa dania + 2 piwa - 220 bth
- mango sticky rice - 70 bth
- whisky z colą - 150 bth


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz