Strony

niedziela, 8 stycznia 2017

Dzień 6 - Siem Reap - Bangkok - Chiang Mai (15 grudnia 2016)

Ten dzień ma okazać się jednym z najbardziej wyczerpujących w całej podróży i szczerze mówiąc, następnym razem nie zaplanowałabym go w taki sposób.

Nadszedł czas by opuścić Kambodżę - bardzo żałujemy, bo z chęcią spędzilibyśmy tutaj więcej czasu. O godzinie 6:30 czekamy przed hotelem na umówiony transport z Mekong Express, a kiedy nie nadjeżdża, o godzinie 7:00 łapiemy tuk-tuka i sami docieramy na miejsce ;). Okazuje się, że transport by po nas w końcu dotarł, po prostu ma małe opóźnienie ;). Znów trzeba wymienić voucher na bilet, co mnie nieco śmieszy. Tym razem nasz busik jest nieco mniejszy i mieści tylko 10 osób i niestety dużo mniej luksusowy ;). Nie ma w nim na przykład toalety. Podróżuje z nami para Niemców i para irlandzko-hiszpańska, więc w środku mamy dość dużo wolnych miejsc do wyłożenia nóg. Dostajemy wodę i przekąski w postaci bułeczek i ciastek. Wyruszamy około 8:00. Po dość krótkim czasie docieramy do granicy. Tym razem trafiamy do biura Mekong Express, gdzie ich pracownik zabiera nam paszporty, daje do wypełnienia białe karteczki przyjazdu do Tajlandii i idzie podbić nasze wizy. Co ciekawe nowa wiza podbita jest na 14 dni, podczas gdy ta samolotowa była na 30 dni - nie jestem w stanie powiedzieć, która obowiązuje - nam to nie robi różnicy, bo zmieścimy się idealnie w 14 dniach... Kiedy wraca, dostajemy na szyję badge Mekong Express i zostajemy skierowani na tajskie przejście, a pracownik informuje nas, że bus (ten sam, nie musimy brać bagaży) będzie na nas czekał po drugiej strony granicy. Kolejka jest długa, ale idzie sprawnie i szybko. Spotykamy na przejściu Polaka, który właśnie kończy swoją przygodę z Azją, więc jest okazja do wymiany swoich doświadczeń. To kolejna osoba, która utwierdza mnie w przekonaniu, że Chiang Mai, do którego się wybieramy, najlepiej zwiedzać motorem.

Kiedy opuszczamy przejście graniczne pracownicy Mekong Express wyłapują nas z tłumu i kierują do busika, który stoi przy pobliskim centrum handlowym. Naprawdę wszystko jest super zorganizowane i ciężko tu się zgubić. Korzystamy z chwili do odjazdu i w lokalnej kawiarni zamawiamy napoje. Ja pierwszy raz mam do czynienia z tradycyjną tajską herbatą, która ma specyficzny mleczny posmak, jest bardzo słodka i zmieszana ze skondensowanym mlekiem. Jak się później okaże - zwykłej herbaty  ku mojej wielkiej rozpaczy na próżno w Tajlandii szukać...

Kiedy wszyscy są już w komplecie, ruszamy w dalszą drogę. Punktualnie o 15:30 jesteśmy na końcowym przystanku, który mieści się w niewiarygodnym miejscu. Trafiamy w niewyobrażalny korek na bardzo wąskiej ślepej uliczce - ciężko tu gdzieś palec wcisnąć, więc manewrujący autobusem bez najmniejszej trudności kierowca to dla mnie bohater narodowy... Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałam czegoś takiego! Oj nie chciałabym robić kursu na prawo jazdy w Bangkoku! Kiedy wydostajemy się z autobusu, trafiamy do kantoru i wymieniamy resztę dolarów na baty, a potem idziemy do jednej z ulicznych knajpek - bardziej lokalnych niż turystycznych. Ja zamawiam wołowinę z bazylią i kawę - jedzenie jest pyszne, ale bardzo ostre. Potem znajdujemy taksówkę, która za 200 bth zawozi nas na Mo Chit.

Trafiamy tym razem na zupełnie inny terminal niż w drodze do Kambodży. Ponownie z naszym voucherem udajemy się do informacji, a z informacji do wskazanego okienka, gdzie odbieramy bilety. Pamiętajcie, że to bardzo ważne, bo nawet z wydrukowanym voucherem nie wejdziecie do busa, trzeba mieć bilet! Mamy dużo czasu, więc idziemy posiedzieć w kawiarni, a ja zamawiam sobie u stojącego pod dworcem pana mięsko na patyku, które nie jest niestety zbyt smaczne. Bartek zamawia w barze na dworcu pad thay, ale je wyrzuca, bo też nie smakuje zbyt dobrze. Kiedy zbliża się godzina odjazdu, znajdujemy nasz gate. Co ciekawe, otaczają nas sami Azjaci, ze świecą szukać tu białego człowieka... Obsługa naszego autobusu też nie mówi po angielsku, widać, że tym razem wybraliśmy mało turystyczny środek transportu. Nasze miejsca są na piętrze. Dostajemy kocyki, poduszeczki  i prowiant - czeka nas całonocna podróż. Autobus odjeżdża w miarę punktualnie przed 21:00 a na miejscu mamy być po 6:00 rano... Pamiętajcie, aby do takiego autobusu ubrać się ciepło - klima naprawdę jest tu nastawiona na maksa - bluza i skarpetki będą niezbędne!

Gdzieś w połowie drogi czeka nas przystanek na obiad. Pracownicy autobusu wydają pasażerom vouchery - ja śpię, a Bartek nie ma ochoty jeść, kupujemy tylko owoce na stacji. Kiedy wjeżdżamy w teren górski, krajobraz zmienia się. Urzekają mnie szczególnie małe domki, takie tradycyjne azjatyckie, jakie kojarzę z obrazków z dziecięcych książek, które oglądałam przed laty. Nie wiem, czy wiecie o czym mówię - po prostu czuć, że jesteśmy daleko od domu :). Nad ranem dostajemy jeszcze sojowe mleko do wypicia i ciasteczka  i punktualnie docieramy do Chiang Mai do stacji Arcade. Jesteśmy wymęczeni i półprzytomni...

WYDATKI:
  • piwo z barku z hotelu z Siem Reap - 6$
  • tuk tuk z hotelu do centrum - 2$
  • orzechy i suszone owoce w sklepie w Siem Reap - 8$
  • bus Mekong Express z Siem Reap do Bangkoku - 28$x2 = 56$
  • kawa + herbata na granicy - 80 bth
  • obiad w centrum Bkgu - dwa dania + dwie kawy - 200 bth
  •  taksówka z centrum do Mo Chit - 200 bth
  • dwie kawy na dworcu - 100 bth
  • mięsko na patyku na dworcu - 15x3szt = 45 bth
  • pat thay na dworcu - 35 bth
  • bus Bangkok - Siem Reap -  488bthx2 + fee =  1068 bth
  • owoce na stacji (arbuz) - 20 bth



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz