Strony

czwartek, 5 stycznia 2017

Dzień 3 - Z Bangkoku do Siem Reap (12 grudnia 2016)

Dziś czeka nad długa podróż do Kambodży. Można tam dostać się ze zorganizowaną wycieczką z Bangkoku, pociągiem z przesiadką w busa lub taksówkę przed granicą lub tak jak my bezpośrednim busem z Bangkoku do Siem Reap. Bus ma podany czas jazdy około 12 godzin, ale nasz w Siem Reap był po niecałych 7. To 12 to pewnie zabezpieczenie, gdyby na granicy działy się jakieś wyjątkowe cyrki, które opóźniłyby przejazd. Ważne jest to, by wyjechać rano, bo granica zamykana jest chyba około 17-18:00.

Z hotelu wychodzimy około 6:30 przez co przepada nam śniadanie (może to i lepiej), które wydawane jest o 7:30. Soi Raibuttri budzi się do życia i wygląda niezwykle urokliwie:


Chcemy złapać taksówkę na Mo Chit 2 czyli północny dworzec kolejowy, który znajduje się około 5 km od naszego hotelu. Wszyscy taksówkarze jak jeden mąż żądają od nas 300 bth, więc w końcu się poddajemy i tyle właśnie płacimy. Pan w taksówce zapyta Was, gdzie jedziecie dalej nie ze wścibskości, ale dlatego iż busy w różnych kierunkach odchodzą z różnych terminali a dworzec ten jest naprawdę ogromny. Wydrukowany voucher trzeba koniecznie wymienić na bilet, dlatego w informacji pytamy, gdzie to zrobić. Pan wskazuje nam odpowiednie okienko. Z biletami udajemy się do wskazanego na bilecie gate'u. Autobus firmy Nattakan pojawia się punktualnie, jest faktycznie dość luksusowy i klimatyzowany. Miejsca są numerowane. Jeszcze przed wyjazdem poznajemy Dawida, z którym później umawiamy się na wspólne zwiedzane Angkor Wat. Ogólnie w busie są sami obcokrajowcy, głównie Europejczycy. Każdy dostaje wodę i jakieś przekąski - słodką bułeczkę, soczek i francuskie ciastko. Trzeba też dać po 5 bth na jakąś łapówkę dla policji ;). Tuż po 8:00 opuszczamy dworzec. Jazda jest przyjemna, obserwujemy przez okno sielskie krajobrazy. Około 12:00  rozdają  nam obiad - całkiem smaczny ryż z warzywami i jajkiem. Kierownik wycieczki tłumaczy nam też ile powinna kosztować wiza i jak mniej więcej wygląda słynne przejście graniczne z Kambodżą w Poi Pet. Koszt wizy to 30 dolarów lub 1200 bth + 100 bth łapówki - łapówkę wymienia się tutaj oficjalnie, ale podobno jak się odpowiednio długo wystoi swoje w kolejce można przejść i bez niej.  Dostajemy badge na szyję, żeby po przejściu granicy pracownicy Nattakanu mogli odnaleźć swoich pasażerów. Nasze bagaże zostają w autobusie, a my około 13:00 opuszczamy autobus na przejściu granicznym.

Przez to, że grzebiemy się przy wyjściu, gubimy naszą wycieczkę i z kilkoma osobami zostajemy z tyłu. Od razu dopadają nas pracownicy miejscowej agencji załatwiającej wizy i w zasadzie wyrywają nam z rąk paszporty. Kiedy dociera do mnie, że to naciągacze (wiele o tym czytałam, nawet oglądałam filmiki z przejścia granicznego), nasze paszporty wędrują już gdzieś do kambodżańskiego biura... Czekamy na nie naprawdę długo i wygląda to dosyć groźnie, ale koniec końców otrzymujemy nasze wizy, a pracownik-naciągacz odprowadza nas jeszcze do kambodżańskiej części granicy.  Przepłacamy za tę przyjemność jakieś 300 bth od osoby. Normalnie  po wyjściu z busa należy kierować się w prawą stronę do tajskiego przejścia i odganiać od siebie wszystkich naciągaczy. Do wizy potrzebne jest jedno zdjęcie paszportowe, ale jak go nie macie, za 100 bth zrobią wam je na granicy. Warto też mieć ze sobą długopis. Na tajskiej części (która jest kompletnie nieoznaczona!) wypełniacie wniosek, płacicie i czekacie na wizę. Potem trzeba iść do biura khmerskiego (kawałek dalej, też po prawej stronie), dokładniej na piętro, dostajecie pieczątkę, zabierają Wam białą karteczkę, którą wypełnialiście przy wjeździe do Tajlandii (bo opuszczanie Tajlandię) i przechodzicie na jakiś obszar ziemi niczyjej. Jak zauważa nasza znajoma z busa Portugalka, nawet powietrze zaczyna pachnieć inaczej po tej stronie granicy. Zauważamy nas busik, ale kierowca wskazuje nam jeszcze jedno biuro kilka metrów dalej, gdzie trzeba uzupełnić kartę przybycia do Kambodży. Karty leżą na stolikach na terenie tego pomieszczenia. Po podstemplowaniu należy wpiąć ją w paszport i nie zgubić ;).  Wracamy do busa - spokojnie, kierowca czeka na wszystkie zagubione sieroty ;) i ruszamy.

Krajobraz zmienia się jak za dotknięciem magicznej różdżki, naprawdę od razu rzuca się w oczy różnica między Tajlandią a Kambodżą, a mijając przydrożne wioseczki zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w najbiedniejszym kraju Azji... 



Po 16:00 dojeżdżamy do Siem Reap do biura firmy Natakaan, które znajduje się nieco poza centrum. Wita nas bardzo sympatyczny pracownik tej firmy (słodko wygląda, kiedy z wielkim wysiłkiem recytuje wyuczony tekst po angielsku) i oferuje wszystkim darmowe tuk-tuki do hoteli.  My specjalnie wybraliśmy hotel oddalony o 500 m od końcowej stacji, ale to  i tak miły akcent.  Myślę, ze przejazdy Natakaanem mogę jak najbardziej polecić - jest wygodnie, czysto, obsługa jest przesympatyczna i mówi po angielsku, do tego przekąski i obiad.  Kierowca tuk tuka, który także jest bardzo przyjazny oferuje nam oczywiście zwiedzanie Angkor Wat. Za trzy osoby mamy zapłacić 20 dolarów, wiec cena jest przyzwoita, a kierowca nie wydaje się takim nachalnym cwaniakiem jak tuk-tukarze z Bangkoku i zdaje się dobrze mówić po angielsku, wiec się zgadzamy i umawiamy na 9:00 rano.

Nasz hotel HANG TEP HOTEL jest nowy i śliczny (mamy pokój deluxe double z klimatyzacją i łazienką), a w porównaniu z tajską norą w której spędziliśmy ostatnią noc, wydaje się szczytem luksusu. Wystrój utrzymamy jest w bogatym, kolonialnym stylu, pokoje są czyściutkie, obsługa przemiła i pomocna, a z balkonu mamy widok na basen i... fermę krokodyli. Ogólnie warto dodać, że baza hotelowa w Siem Reap jest jakieś kilkadziesiąt lat młodsza niż ta w Bangkoku i w bardzo przyzwoitej cenie można pomieszkać w świetnych warunkach:






O 19:00 umawiamy się z Dawidem i ruszamy do centrum, od którego dzieli nas kilometr. Od razu rzucają nam się w oczy śmieci przy drogach i dziesiątki bezdomnych, zapchlonych psów, które zdają się być oszołomione upałem i raczej nie wykazują oznak agresji. Docieramy do słynnej Pub Street czyli khmerskiego odpowiednika Khaosan i szukamy czegoś do jedzenia. W Kambodży nikt nie traktuje poważnie ich lokalnej waluty - riela - i każdy oczekuje od turystów płacenia w dolarach. Polecam mieć ze sobą drobne nominały, bo resztę wydadzą Wam w tysiącach rieli, z którymi potem nie bardzo jest co zrobić ;) (można bez problemu rozmienić setkę na dowolne nominały w jednym z tutejszych banków).  Ceny posiłków wahają się od 3 do 6 dolarów w knajpkach w centrum a lokalne piwo da się dorwać za 0.5 dolara (jest to jednak 0,3l), jest więc drożej niż w Tajlandii, choć muszę przyznać, że stołujemy się w ścisłym centrum, może gdzie indziej jest taniej. Trafiamy do lokalu Happy Herb Pizza - jak się potem okazuje specjalizują się w pizzy z marihuaną, która jest lokalnym wabikiem na turystów, bo marihuana jako przyprawa nie jest tutaj zakazana (btw, kierowcy tuk-tukó co chwila proponują nam zioło, także nielegalny handel też kwitnie). Ja zamawiam lokalne danie LOK LAK czyli wołowinę z ryżem i jajkiem sadzonym z dodatkiem bardzo oryginalnego sosu kwaśno-słono-słodkiego. Wołowina jest nieco sucha i słona, ale danie jest smaczne. Do tego zamawiamy draftowe piwko. Potem idziemy powłóczyć się po lokalnym Night Markecie z ubraniami, gdzie Dawid, który podróżuje już od 2 miesięcy po Azji, daje nam pokaz targowania, a potem znów znajdujemy miły lokal w centrum i raczymy się piwkiem. Zauważam też dziwną rzecz - lokalne koty mają bardzo krótkie ogonki:




Po kilku godzinach udajemy się w stronę hotelu, ale okazuje się, że pomyliliśmy drogę i trafiamy gdzieś na obrzeża miasta, w mało turystyczne rejony. Widoki robią na mnie ogromne wrażenie, jest tu tak spokojnie i biednie, nie palą się żadne światła, z kanałów cuchnie fekaliami a nas otaczają hordy psów. Wszystkie są takie same - jakby kserowane z jednego obrazka. Widać, że zżerają je pchły i inne pasożyty, bo pewnie lekarz to tutaj luksus, a o weterynarzu nawet nikt nie słyszał... W końcu odnajdujemy drogę i trafiamy do hotelu. Jak na razie Kambodża bardzo mi się podoba, widać, że Siem Reap to niewielkie miasto, a ludzie tutaj wydają się bardziej autentyczni w swoim przyjaznym nastawianiu do turystów niż ci w Bangkoku.

WYDATKI:

  • Przejazd busem z Bangkoku do Siem Reap z firmą Nattakan - 28$ x 2=56$
  • 3 noclegi w Hanp Tep Hotel ze śniadaniami - 198,99 zł
  • taksówka z Khaosan na Mo Chit - 300 bth
  • ciastko z fasolą i kawa na dworcu - 60 bth
  • wiza do Kambodży z prowizją dla naciągaczy ;) - 1600 bth x2 = 3200 bth
  • 2 x obiad w Kambodży - 6$
  • piwo w knajpach - 5$ ( po 0,5 dolara za sztukę)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz