Strony

środa, 4 stycznia 2017

Dzień 2 - Bangkok! (11 grudnia 2016)

Przy wyjściu z gate'u stoi pani informująca nas do jakiego stanowiska mamy udać się po bagaże. Lotnisko w Bangkoku jest ogromne i bardzo nowoczesne. Przy pomocy ruchomych taśm przemieszczamy się we wskazanym kierunku. Po drodze przechodzimy jeszcze kontrolę paszportową i dostajemy ważne 30 dni wizy (nie potrzebne jest zdjęcie, a wiza jest darmowa). Odbieramy bagaż, wymieniamy 100 dolarów na baty w jednym z lotniskowych kantorów i udajemy się w kierunku niebieskiej linii kolejki nadziemnej BTS Skytrain. Cały czas podążając za drogowskazami trafiamy jakby na niższy poziom, kupujemy dwa bilety do stacji Phaya Thai (każdy po 45 bth) i po chwili pracownicy wskazują nam gdzie mamy wejść. Kolejka odjeżdża. To nasze pierwsze zetknięcie z Bangkokiem - przez okna podziwiamy nowoczesne miasto, palmy i obserwujemy gigantyczny ruch uliczny. Kolejka porusza się nad ziemią, więc omija wszystkie korki. Po koło 30 minutach wysiadamy na docelowej stacji i schodzimy na postój taksówek. Pokazujemy voucher z agoda.com, który zawiera nazwę naszego hostelu napisaną w tajskim języku - pan chce od nas 300 bth, co jest zdzierstwem w biały dzień (trasa ma 4 km). W końcu staje na 200 bth. Po raz pierwszy zostajemy rzuceni w wir ruchu ulicznego tajskiej stolicy - jedziemy chyba z 40 minut, oszołomieni tym, co się dzieje wokół. W końcu docieramy na miejsce.

Nasz hostel nazywa się SAWASDEE SMILE INN i znajduje się niedaleko słynnej imprezowni Khaosan, ale jednak nieco na uboczu, w miłej, nieco cichszej okolicy. Na tym kończą się jego zalety - pani z recepcji jest niemiła i gburowata, kiepsko też radzi sobie z angielskim, a nasz pokój to prawdziwa nora (mimo iż to pokój superior z klimatyzacją i własną łazienką). Wszędzie też wiszą karteczki z napisami, czego nie wolno i robić i jakie czekają nas za to kary - nie ma co, kraina tysiąca uśmiechów jak nic z tej Tajlandii. Dostajemy też hasło do wi-fi, na którym wyraźnie zaznaczono, że w razie zgubienia nie przysługuje nam nowe i żebyśmy nawet nie próbowali prosić. Pokój jest dość duży jak na azjatyckie warunki, nie ma w nim żadnego robactwa, jest wysprzątane, ale widać, że ten przybytek lata świetności ma już za sobą. Ściany są cienkie, a drzwi nie sięgają do samej podłogi, więc słychać wszystkie dźwięki  dochodzące z sąsiednich pokojów. Trochę wali też z kanalizacji, ale nie zamierzamy tu siedzieć ;). Nie czujemy się zmęczeni, więc szybko myjemy się, przebieramy i  ruszamy na podbój Khao San ;).

 z agoda.com
z agoda.com

Pogoda jest zaskakująco przyjemna. Wiele osób mówi o uczuciu walnięcia mokrą szmatą po twarzy przy pierwszym kontakcie z tajskim powietrzem, ale ja tego nie czuję. Jest bardzo ciepło, ale Słońce nie praży, bardzo miło się spaceruje, nie pocimy się ani nie męczymy. Jest idealnie.  Łazimy po SOI RAMBUTTRI (ulicy z wieloma hotelami i hostelami) i po KHAOSAN (ulicy, na której wieczorem rozpoczyna się dzika impreza dla europejczyków). Można tu zjeść szarańczę, pająka, kupić sobie jakieś boho ciuszki, wpaść do  miłej knajpki na obiad czy też dać sobie uszyć garnitur. Oferty kupna garnituru padają chyba najczęściej, co jest dla nas zdumiewające, bo to chyba ostatnia rzecz o jakiej myśli się na wakacjach w tropikach ;). Zaliczamy pierwszego kokosa (2x50 bth, ja jakoś nie przepadam za jego smakiem, choć smakuje zupełnie inaczej niż te z Piotra i Pawła dostępne w Polsce), pierwsze lody kokosowe (50 bth, ale to ściema, bo są zrobione ze śmietanki i tylko podane w kokosie :() i siadamy w miłym lokalu na nasze pierwsze Changi (słynne tajskie piwo):


Tutaj też dosiada się do nas menadżer lokalu - Johnny - i przez kilkadziesiąt minut całkiem miło sobie gawędzimy. Mówi nam o różnych sprawach związanych z Tajlandią, daje wskazówki przed dalszą podróżą, opowiada o kulcie króla i tutejszej religijności.


Powoli zbliża się zachód Słońca, więc postanawiamy jechać do świątyni WAT SAKET (Świątynia Złotej Góry), z której to podobno można podziwiać panoramę miasta. Idziemy do parkingu tuk-tuków, czyli specjalnych rikszy wożących turystów po mieście, ale okazuje się, że to nie takie proste dostać się do Wat Saket. Panowie wyraźnie nie rozumieją, że jesteśmy zmęczeni i nie chcemy długiego zwiedzania, bo za 100 bth oferują nam wycieczki po całym mieście, połączone oczywiście z wizytami w fabrykach garniturów, z którymi współpracują.

w tuk-tuku

W końcu zgadzamy się, ale przy pierwszej świątyni nie wysiadamy i tym samym pan tuk-tukarz wymięka i podwozi nas wprost do Wat Saket. Prosimy, by na nas nie czekał. Wstęp kosztuje 20 bth od osoby. Świątynia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie - jej zbocza porośnięte są egzotyczną roślinnością, jest tu niewiele osób. Wchodzimy kilka minut po schodach na górę. Panuje tu urokliwa atmosfera - jest spokojnie, z głośników lecą buddyjskie czanty, siadamy sobie i ponad godzinę chillujemy się w promieniach zachodzącego Słońca...







Nagle okazuje się, że jesteśmy bardzo zmęczeni. Poza tym to strasznie dziwne uczucie, kiedy o godzinie 17:00 zaczyna się ściemniać - w Polsce w letnie dni ciemno zaczyna robić po 21:00, więc nasze organizmy są wyraźnie zdezorientowane. Staramy się rozczytać mapę, którą dostaliśmy gratis od kierowcy tuk-tuka, ale poddajemy się. Przy wyjściu ze świątyni pojawia się oczywiście kolejny tuk-tukarz. Chce od nas 200 bth, ale mówimy, że możemy zapłacić jedynie 100 bth. W końcu się zgadza... Pojawia się pewien problem, bo pan nie ma pojęcia, gdzie jechać, mimo iż wyraźnie pokazuję mu ulicę na mapie. W końcu dociera do mnie, że nie umie czytać łacińskiego alfabetu. Mówimy więc, że chcemy dostać się  do Khaosan - ten przekaz jest zrozumiały.

W końcu docieramy w okolice hostelu, wcinamy jeszcze na kolację nasze pierwsze uliczne pad thai (tajski makaron z warzywami i dodatkami) z jajkiem i tofu oraz trochę owoców i padamy na łóżku. Do późnych godzin nocnych słychać echa muzyki z Khaosan... Klimatyzacja mrozi jak szalona i za nic nie da się jej wyregulować, więc co chwila muszę ją włączać i wyłączać. Wreszcie i ja zasypiam...

WYDATKI:
  • bilet na BTS Skytrain niebieska linia z lotniska do Phaya Thai - 2x45 bth
  • taksówka z Phaya Thai na Khaosan - 200 bth
  • nocleg w Sawasdee Smile Inn ze śniadaniem w pokoju superior z klimatyzacją - 56,18 zł
  • 4 piwa w barze - 340 bth
  • woda 2x1,5 l w 7/11 - 20 bth
  • 2 x kokosy do picia - 100 bth
  • lody z kokosa - 50 bth
  • woda 0,5 l przy Wat Saket - 10 bth
  • tuk tuk do Wat Saket - 100 bth
  • wejście na Wat Saket - 2x20 bth=40 bth
  • tuk tuk z Wat Saket na Khaosan - 100 bth
  • uliczne pad thai z jajkiem i tofu  - 2x35=70 bth
  • 3 paczki owoców kupione na ulicy (ananas, arbuz, mango) - 50 bth

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz