Wstajemy po 7:00 i idziemy na śniadanie wydawane w formie bufetu. Wybór nie jest szalony (jakiś ryż z warzywami, kiełbaski, jajka, owoce) i jest bardziej europejsko niż azjatycko, ale nawet mi smakuje.
Punktualnie o 9:00 przed naszym hotelem czeka na nas tuk-tuk, ale w środku jest inny kierowca. Początkowo myślimy, że to jakiś cwaniak, który próbuje podstępem wydrzeć koledze po fachu zlecenie, ale okazuje się, że tuk-tukarze działają w korporacjach i wszystko gra ;). Jedziemy pod hostel Dawida i zaczynamy zastanawiać się, czy zdecydować się na Małe Koło, Duże Koło czy może oba naraz. Pamiętajcie, że Małe Koło i Duże Koło to dwie różne trasy - to nie tak, że Duże Koło zawiera w sobie Małe Koło + dodatkowe świątynie. Kierowca zachęca nas do Małego Koła, bo ta trasa zawiera w sobie najbardziej charakterystyczne świątynie i to ją wybierają turyści zwiedzający Angkor tylko przez jeden dzień. Uznajemy, że to najlepsza opcja. Zapłacimy 20$ za cały dzień czyli około 6,7$ od osoby ;).
Punktualnie o 9:00 przed naszym hotelem czeka na nas tuk-tuk, ale w środku jest inny kierowca. Początkowo myślimy, że to jakiś cwaniak, który próbuje podstępem wydrzeć koledze po fachu zlecenie, ale okazuje się, że tuk-tukarze działają w korporacjach i wszystko gra ;). Jedziemy pod hostel Dawida i zaczynamy zastanawiać się, czy zdecydować się na Małe Koło, Duże Koło czy może oba naraz. Pamiętajcie, że Małe Koło i Duże Koło to dwie różne trasy - to nie tak, że Duże Koło zawiera w sobie Małe Koło + dodatkowe świątynie. Kierowca zachęca nas do Małego Koła, bo ta trasa zawiera w sobie najbardziej charakterystyczne świątynie i to ją wybierają turyści zwiedzający Angkor tylko przez jeden dzień. Uznajemy, że to najlepsza opcja. Zapłacimy 20$ za cały dzień czyli około 6,7$ od osoby ;).
Okazuje się, że już do samego wjazdu do ANGKOR jest kilka dobrych kilometrów. Jak sobie pomyślę, że rozważałam zrobienie Małego Koła rowerem to chce mi się z siebie śmiać - przy takiej wilgotności powietrza padałabym jeszcze przed bramą pierwszej świątyni ;). Kupujemy jednodniowe bilety wstępu (20$ od osoby) - nie trzeba mieć ze sobą zdjęcia, robią Wam je na miejscu. Dowiaduję się, że z odkrytymi ramionami nie mogę zwiedzać świątyń, więc za 2$ wytargowuję chustkę od jednego z wielu handlarzy (haha, jest na niej napisane "100% silk", ale materiał wydaje się tak mało przepuszczalny i okropny, że to chyba nawet coś gorszego niż poliester ;)). Okazuje się, że chustkę kupiłam totalnie bez sensu, bo po całym kompleksie można chodzić nawet w szortach, a jedyne miejsce, gdzie trzeba się ubrać to górny taras świątyni Angkor - a jak się później okaże chustka nie jest wystarczającym okryciem, by się tam dostać, bo wymagana jest bluzka z rękawem.
Tuk-tukarz wysadza nad pod pierwszym punktem naszej wycieczki czyli najbardziej charakterystyczną budowlą całego kompleksu - świątynią Angkor. Jest rzeczywiście piękna i robi na nas duże wrażenie - łazimy po niej dobrze ponad godzinę:
Wracamy do kierowcy i jedziemy dalej do kompleksu Angkor Tom, gdzie znajduje się słynna świątynia Bayon (ta z kamiennymi twarzami) i kilka mniejszych, ale równie interesujących budowli takich jak np. Terrace of the Elephants, Terrace of the Leper King czy Baphuon. Krążenie między tymi świątyniami jest bardzo wyczerpujące i zajmuje nam sporo czasu, ale wrażenia są niesamowite:
Po Angkot Tom jesteśmy już wyczerpani i bardzo głodni, więc odnajdujemy naszego tuk-tukarza i prosimy, by zawiózł nad od jakiegoś punktu z jedzeniem. Podrzuca nad oczywiście pod najdroższą knajpę, ale idziemy bardziej "wgłąb" i znajdujemy małą, prymitywną knajpkę, gdzie żywią się lokalsi. Zamawiamy sobie napoje i obiad (ja ryż z wieprzowiną), a lokalsi siedzący przy sąsiednim stoliku stawiają nam piwo i jakąś lokalną przekąskę do piwa w postaci chrupiących skórek i kostek kurczaka. Posileni idziemy zwiedzać Ta Prohm, która przebija pozostałe świątynie, jakie widzieliśmy tego dnia. Wygląda niesamowicie i sprawia wrażenie, jakby miała się na chwilę rozpaść:
Kierowca pyta nas, czy chcemy wrócić do pierwszej świątyni na słynny zachód Słońca, ale jesteśmy tak wyczerpani, że prosimy, by zawiózł nas czym prędzej do domu. Powrotna droga wydaje się jeszcze dłuższa niż w przeciwną stronę, ale jedziemy przez piękne tereny - możemy patrzyć na lasy, jeziora, małpy skaczące po poboczu. Kurzy się niemiłosiernie i ciężko się oddycha. Kiedy docieramy pod hotel, dajemy sobie 1.5 godziny na odświeżenie się i umawiamy się na wieczorne wyjście do miasta.
Idąc z naszego hotelu ulicą Sivatha w stronę Pub Street po lewej stronie znajduje się restauracja, o nazwie "Tango Bar and Dormitory" - piszę o tym, gdyż to tam tego dnia na kolację zjadam jedno z najlepszych dań całej wycieczki - jest to znowu LOK LAK, ale mięso nie jest wcale słone i suche jak poprzedniego dnia (myślałam, że taki urok tego dania), tylko aromatyczne i soczyste. Niebo w gębie! Chłopacy też są zachwyceni swoim jedzeniem, więc serdecznie polecam wszystkim ten lokal!
Po kolacji docieramy do Pub Street i raczymy się kilka dobrych godzin lokalnym piwem. Później wstępujemy do sklepu po jeszcze kilka puszek i idziemy do nas na basen ;). Jest już późno i jesteśmy jedynymi klientami na basenie, ale miły pan z obsługi nie robi nam problemów, donosi nam ręczniki i z uśmiechem znosi nasze łażenie w tę i z powrotem ;). Wdaję się w nim w dyskusję na temat krótkich kocich ogonów a on zapewnia mnie, że takie koty się tu rodzą - nikt im tych ogonów nie obcina ;) Jest bardzo wesoło, a cała zabawa zaowocuje u mnie sporym kacem kolejnego dnia ;). Żegnamy się w końcu z Dawidem, który następnego dnia jedzie z rana do Phnom Phen i idziemy spać.
Podsumowując zwiedzanie Angkor - muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona małą ilością turystów. Czytając opisy na niektórych blogach spodziewałam się dzikich tłumów, a naprawdę nawet w Angkor Wat bez problemu dało się zejść z głównej trasy i posiedzieć sobie w ciszy samemu (w naszym wypadku we trójkę ;)). W pozostałych świątyniach to już w ogóle panowała tego dnia spokojna atmosfera i czasem ciężko było znaleźć kogoś, żeby spytać o drogę. Nie wiem, czy to kwestia pory roku czy tego, że rozpoczęliśmy zwiedzanie o dość nietypowej godzinie, ale naprawdę poczuliśmy wyjątkowy klimat tego miejsca niemal w samotności ;). Jeśli chodzi o sposób transportu, to piesze zwiedzanie w ogóle nie wchodzi w grę. Bardziej wytrzymałe osoby mogą zdecydować się przy Małym Kole na rower (dolar za dzień), ale pamiętajcie, że oprócz jazdy czeka Was całkiem konkretna wspinaczka po świątyniach. Panuje też przekonanie, że turyści nie mogą zwiedzać kompleksu na skuterach, ale to nieprawda - być może jeśli wrócimy do Angkor, to właśnie na tę metodę się skusimy. Wypożyczalnie w Siem Reap bardzo się cenią i podobno ciężko stargować mniej niż 10$ za motor. My wybraliśmy tuk-tuka i byliśmy naprawdę zadowoleni a przy trzech osobach okazało się to naprawdę opłacalne. Nie potwierdziła się też teza o wszechobecnym żebractwie pod świątyniami - wymęczyła nas zaledwie jedna mała dziewczynka oferująca magnesy za dolara (w końcu zeszła do 5 magnesów w tej cenie, ale my naprawdę ich nie potrzebowaliśmy ;)), która ładnych sto metrów szła za nami i krzyczała "one dolar, one dolar, one dolar" ;). Jako że był to odosobniony przypadek, to nawet nas to rozbawiło ;).
WYDATKI:
- tuk tuk po Angkor - 13$ (20$ na trzy osoby)
- wejście do Angkor - 20$ za osobę x2 = 40$
- chusta "100% silk" ;) pod Angkor - 2$ (stargowane z 5$)
- obiad na terenie Angkor w mniej turystycznym ukrytym na tyłach lokalu - 2 dania + 2 napoje -6$
- woda 1,5 l w Angkor - 1$
- kokosy x2 w Angkor - 4$
- kolacja w Tango Bar - dwa dania + 4 piwa 300 ml - 12$
- piwo przy Pub Street - 4$ (8 sztuk)
- zakupy w sklepie (4 piwa + woda) - 5$
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz