Strony

sobota, 21 stycznia 2017

Dzień 19 - Bangkok: Wat Arun, China Town, Wat Traimit, Caturday Cafe (28 grudnia 2016)

Tak jak wczoraj postanawiamy wyjść z hotelu dosyć wcześnie. Słońce świeci, a na niebie nie ma chmur, zapowiada się piękny dzień.

Udajemy się na przystań Phra Arthit, która znajduje się niedaleko naszego miejsca zamieszkania i stąd tramwajem wodnym (linia pomarańczowa) płyniemy do przystani Khun Mae Pueek Pier. Bilet kosztuje 14 bth od osoby, niezależnie od ilości przepłyniętych przystanków i można nabyć go już na stateczku. Wycieczka jest bardzo przyjemna, choć nieco trzęsie ;). Wysiadamy tuż przy WAT ARUN. Bilet wstępu do Świątyni Świtu kosztuje 50 bth od osoby, niestety okazuje się, że z powodu remontu nie da się wejść na samą górę. Sama świątynia jest jednak przepiękna, a jej bogate zdobienia robią wrażenie. Panuje tu wyjątkowa atmosfera, z głośników słychać klimatyczną, tradycyjną muzykę, a turystów w zasadzie nie ma. Spędzamy tu dłuższą chwilę siedząc na schodkach budowli i rozkoszując się przyjemnym porankiem:








Zastanawiamy się, czy płynąć dalej tramwajem wodnym, czy też przeprawić się promem na drugą stronę rzeki i zdecydować się na spacer - wygrywa w końcu opcja druga, gdyż postanawiamy po drodze upolować sobie jakieś śniadanie. Prom odpływa z innego przystanku niż tramwaj wodny - jakieś 100 metrów bliżej, przy stacji z zielonymi poręczami. Jest oznaczony jako Wat Arun-Wat Pho i za 4 baty od osoby zabiera turystów na drugi brzeg rzeki, właśnie w okolice Świątyni Leżącego Buddy.
Wbijamy w nawigację "Wat Traimit" i przechodząc obok Wat Pho, kierujemy się w stronę China Town. Po jakimś kilometrze wkraczamy na teren CHINA TOWN MARKET i lwią część naszego spaceru idziemy właśnie przez olbrzymie targowisko, ciągnące się chyba przez całą dzielnicę. Można tu kupić dosłownie wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem tekstyliów, biżuterii, podróbek torebek... Większość rzeczy sprawia jednak wrażenie tandetnej chińszczyzny znanej z polskich chińskich centrów handlowych ;) i nie zachęca do zakupu.


Nadal szukamy śniadania, jednak na China Town nie jest to takie proste. Jeśli na jakiejś ulicy są zegarmistrzowie, to nic więcej na niej nie znajdziecie, jeśli są zakłady mechaniczne - będzie ich ze sto koło siebie, a punktu z jedzeniem żadnego ;). W końcu docieramy w okolice ulicy Yaowarat, gdzie niby mają być jakieś restauracje, ale większość z nich jest jeszcze pozamykana... Znajdujemy  jedno przyjemne miejsce i decydujemy się złożyć zamówienie. Ja biorę "crispy pork with rice", a Bartek jakieś chińskie noodles. Do tego bierzemy kawę i dwie mrożone herbaty, które mimo przebywania na China Town okazują się tajskie ;). Obsługa jest przemiła, proponują nam darmowy deser - Bartek się kusi i dostaje dosyć smaczny sticky rice na biszkopcie. Płacimy 230 bth. Miło ;).

Niedaleko knajpki znajdujemy wejście do WAT TRAIMIT, gdzie ma znajdować się największy na świecie posąg Buddy wykonany ze złota. Wejście kosztuje 40 bth od osoby. Tu spotyka nas jedno z największych rozczarowań wycieczki, bo okazuje się, że posąg nie mierzy 12 metrów, jak to sobie zakodowałam w głowie, tylko 12 stóp i nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia ;). Sama świątynia też nie jest jakaś ładna, w dodatku pełno tu Azjatów robiących sobie na potęgę selfie ze złotym posagiem...


Idąc dalej, przechodzimy obok dworca kolejowego i kierując się w stronę kanału mijamy Jim Thompson House. Po przejściu około 3 km docieramy do stacji BTS














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz