Zgodnie stwierdzamy, że jeśli zostaniemy jeszcze chwilę dłużej w Bangkoku (i w naszym hostelu ;)), zwariujemy, więc decydujemy się na ucieczkę do niewielkiej Ayutthayi, oddalonej od stolicy o około 80 km. Ayutthaya to dawna stolica Tajlandii, turystów przyciąga rozsianymi po całym miasteczku ruinami świątyń, z których najstarsze powstały w XIV wieku. Można tu dotrzeć wraz ze zorganizowaną wycieczką z Bangkoku, autobusem lub pociągiem. Ostatnia opcja jest najtańsza i najbardziej klimatyczna, więc to właśnie na nią się decydujemy.
Wstajemy przed siódmą i łapiemy taksówkę (200 bth) na dworzec Hua Lamphong, który znajduje się około 4 km od naszego hostelu, w pobliżu China Town (pan taksówkarz przy okazji proponuje nam obwożenie po Ayutthayi za 2500 bth, ale kwitujemy go śmiechem). W kasie biletowej kupujemy dwa bilety na najbliższy zwykły pociąg (to ważne, by podkreślić ZWYKŁY, ekspresowe są ponad dziesięć razy droższe). Płacimy za nie łącznie 40 bth. Pociąg odjeżdża o 7:00 - patrzymy na zegarki - jest 7:03!!!, więc pędzimy na wskazany przez kasjera 9 peron. Po chwili nerwowego wypatrywania pociągu, okazuje się, że odjeżdża nie z 9, a z 10 :). Wbiegamy do środka - ufff, zdążyliśmy :).
Pociąg wygląda jak typowy polski pojazd PKP przewozy regionalne. W środku niemal sami lokalsi Nie ma klimatyzacji, ale jazda przy otwartym oknie jest bardzo przyjemna. Pociąg wlecze się niemiłosiernie wyjeżdżając z Bangkoku (przez okno można "podziwiać" rasowe osiedla slamsu przy kanałach, to jak ludzie tu mieszkają naprawdę robi wrażenie), ale potem przyspiesza i do celu dojeżdża po około 1 godz i 45 minutach. Ayutthaya to chyba z 4 czy 5 stacja po wyjeździe z miasta, ale różne pociągi zatrzymują się na różnych stacjach, więc ciężko to określić. W każdym razie stacja jest opisana łacińskim alfabetem i raczej nie da się jej przegapić.
Już na stacji kolejowej atakuje nas pan z informacji turystycznej. Za darmo daje nam mapkę z trasą wycieczki po najważniejszych świątyniach. Wynajęcie tuk-tuka to koszt 200 bth za godzinę, ale przyjmując, że na zwiedzanie potrzeba około 4-5 godzin stawka ta wydaje się zbójecka(to już Angkor Wat wypada taniej ;)), więc przechodzimy na drugą stronę ulicy, kierując się w stronę wypożyczalni rowerów i skuterów. Ceny rowerów zaczynają się od 30 bth za dzień, ale my decydujemy się oczywiście na skuter. Za całodzienne wynajęcie płacimy 200 bth. Pani również oferuje nam mapkę i tłumaczy, jak jechać. Zamawiamy sobie jeszcze śniadanie (220 bth za dwa dania i dwa napoje, ceny są tu zdecydowanie niższe niż w Bangkoku) i ruszamy w drogę. Pogoda jest idealna.
Zdecydowanie nie polecam decydować się na piesze zwiedzanie, bo nawet dotarcie do pierwszej świątyni na naszej trasie na własnych nogach wydaje się sporym wyczynem. Na mapce wygląda to na rzut beretem, ale w rzeczywistości trzeba przejść ładnych kilka kilometrów.
Numerem jeden na naszej trasie jest WAT MAHA THAT. Przy wejściu spotyka nas miła niespodzianka - ze względu na to święto związane z wystawianiem zwłok króla, o którym pisałam wcześniej, wejścia do wszystkich świątyń są w tym dniu darmowe :) Taka promocja to ja rozumiem ;). Oczywiście bilety normalnie też nie są drogie i i ich ceny wahają się od 10 do 50 bth za świątynię. Wat Maha That została zbudowana w XIV wieku, a jej najsłynniejszym elementem jest glowa Buddy uwięziona w korzeniach drzewa:
Kolejnym punktem na trasie jest WAT RATCHABURANA, która znajduje się tuż obok Wat Maha That, wystarczy przejść przez ulicę:
Jadąc ulicą przebiegającą między tymi dwoma świątyniami i kierując się lekko na prawo, po kilku minutach docieramy do WAT PHRA SRI SANPHET:
Spędzamy tu trochę więcej czasu, chillując się w cieniu drzew. W świątyniach jest spokojnie, nie ma wielu turystów, raz po raz mija nas jakaś tajska szkolna wycieczka. W tej okolicy znajduje się kolejna świątynia MONGKHON BOPHIT, ale niestety jest w remoncie i nie można się dostać do środka. Strata nie jest duża, bo to jedna z typowych współczesnych świątyń, a nas bardziej kręcą ruiny ;). Niedaleko jest jeszcze jeden punkt zaznaczony na mapie - miejsce, w którym można pojeździć na słoniach. Zwierzęta wyglądają na wyjątkowo stare i zmęczone życiem :(.
Nie musimy też przeparkowywać motoru, żeby dotrzeć do WAT PHRA RAM:
Kolejna świątynia oddalona jest od poprzednich o ładne kilka kilometrów i znajduje się w innej części miasta. WAT CHAI WATTANARAM, bo o niej mowa, to chyba moja ulubiona świątynia w Ayutthayi:
Znajdujemy sobie małą lokalną kawiarnię pod gołym niebem z widokiem na ruiny (i ogródek z kapustą z drugiej strony) i dobre kilka kwadransów siedzimy sobie przy kawie i zimnej herbacie (razem 50 bth). Wyraźnie proszę o NO SUGAR, ale oczywiście dostaję chyba double sugar ;). Tak czy siak jest bardzo przyjemnie.
Do kolejnego miejsca na mapie jedziemy aż 8 kilometrów. Jeśli zwiedzacie Ayutthayę rowerami, możecie to miejsce spokojnie pominąć, bo to znowu taka współczesna świątynia, jakiś ichniejszy Licheń ;). Miejsce nazywa się WAT PHANAN CHOENG i poza wielkim posągiem Buddy nic tu w zasadzie nie ma. W środku kłębią się za to tłumy Azjatów. Jest tłocznie i głośno.
Szybko uciekamy stąd do ostatniego punktu na naszej mapie - świątyni WAT YAI CHAI MONGKHOM. Jest tu bardzo urokliwie:
Jedziemy na stację dotankować benzynę (jak się okazuje spaliliśmy zawrotne 20 bth!!!) i oddajemy skuter. Kupujemy bilety powrotne na 15:30 (znów 2x20 bth). Mamy jeszcze trochę czasu, więc idziemy coś zjeść. Ja zamawiam panang curry, Bartek ostrą sałatkę, do tego kawa, dwie mrożone herbaty (tym razem jest to zwykły Lipton w puszce ;)) - płacimy 195 bth.
Wycieczka do Ayutthayi to jedno z najlepszych wspomnień z naszej wycieczki. Jest tu spokojnie, klimatycznie i cicho, nie ma tłumów turystów. Ruch uliczny jest normalny, bez korków i szaleństwa na drodze i myślę, ze każdy spokojnie poradzi sobie z jeżdżeniem na motorze. Często słyszę zarzut, że wszystkie świątynie wyglądają tu podobnie - nie trudno się z tym nie zgodzić, ale mimo wszystko kluczenie między nimi i chillowanie się w cieniu drzew otaczających parków jest przyjemnym złapaniem oddechu po wycieńczającym i ciasnym Bangkoku. Zwiedziliśmy tylko kilka głównych świątyń, ale jadąc ulicami miasta co chwila trafia się na jakąś mniejszą stupę. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce.
Powrotna droga nie jest aż tak przyjemna, bo z niewiadomych przyczyn pociag stoi niemal godzinę na jednej ze stacji w Bangkoku. Kiedy wysiadamy, jest już ciemno. Jeszcze na stacji dopada nas jakiś tuk-tukarz. Korzystając z tego, że jesteśmy blisko China Town, prosimy go, by wywiózł nas na jakiś chiński market z jedzeniem. Płacimy 100 bth. Kierowca oczywiście okazuje się cwaniakiem i podwozi nas pod jakąś restaurację, z którą pewnie ma umowę o dostarczaniu klientów... Ehh... Kluczymy trochę po China Town, próbując znaleźć targ kwiatowy. W końcu docieramy na miejsce, ale okazuje się ono rozczarowujące - zaledwie kilka budek z kwiatami i ludzie sprzedający na worki czosnek i ziemniaki ;). Nie podoba nam się tutaj za bardzo (jedynym fajnym widokiem są wieżowce odbijające się w falującej rzece Menam), więc spacerkiem (około 3 km) wracamy w okolice Khaosanu. Zaszywamy się w jakiejś mocno turystycznej knajpce przy Soi Rambutri Road, jemy kolację, wypijamy kilka Chiangów (no dobra, ja kilka mrożonych herbat ;)) i odpoczywamy patrząc na ślicznie oświetloną ulicę...
WYDATKI:
- taksówka do dworca - 200 bth
- bilety do Ayuthhayi - 2x20=40 bth
- 2 x śniadanie + napoje w Ayuthhaya - 220 bth
- skuter + benzyna - 220 bth
- woda w ciągu dnia - 50 bth
- kawa + herbata - 50 bth
- 2 x obiad + napoje w Ayutthayi - 195 bth
- bilety do Bangkoku - 2x20=40 bth
- taksówka z dworca do China Town - 100 bth
- kolacja + drinki w restauracji przy Soi Rambutri - 808 bth





























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz