No i nadchodzi niestety nieubłaganie czas powrotu do rzeczywistości. Samolot mamy o 10:15. Dzień wcześniej zamawiamy w recepcji naszego hostelu taksówkę, ale kiedy schodzimy o 7:00 na dół, okazuje się, że pani recepcjonistka oczywiście zapomniała sobie zapisać... Łapiemy więc pierwszą lepszą taryfę na ulicy - cena jest taka sama jak przy bookowaniu przez hotel - 500 bth + opłaty za autostradę. Taniej można zamówić busa (150 bth od osoby), ale woleliśmy nie ryzykować niewiadomego czasu podróży. Pan taksówkarz niewiele mówi po angielsku i cały czas dopytuje o jakie lotnisko chodzi, mimo iż wyraźnie powtarzamy cały czas "international". Robię się lekko nerwowa, na szczęście widzę drogowskazy "Suvarnabhumi" i stres mija - uff, jedziemy w dobrym kierunku ;). Korki są niewielkie (jak na Bangkok) i o 7:30 jesteśmy już na miejscu. Lotnisko jest ogromne, a kolejki do odprawy długie. Znajdujemy okienko Aeroflotu, pani drukuje nam karty podkładowe i odprawiamy bagaż. Przechodzimy mozolnie przez kontrolę osobistą (poza Unią Europejską nikt nie każe ściągać butów, nice ;)) i paszportową. Po jakiejś godzinie zasiadamy w restauracji i zamawiamy sobie ostatnie green curry na śniadanie (curry 2x200 bth + kawa 2x100 bth, ceny oczywiście zbójeckie jak na lotnisko przystało) - będzie nam go brakować...
Potem podliczamy jeszcze ostatnie baty i postanawiamy wydać je na jakieś przekąski do samolotu. W lotniskowym sklepie znajdujemy jednak sticky rice, którego dzień wcześniej nie udało nam się kupić, więc oczywiście bierzemy go ze sobą. Kosztuje 200 bth, ale cóż... Chcemy popisać się naszą znajomością tajskiej kuchni i przygotować go z mango dla rodziny ;). Zostaje nam 71 bth, które wydajemy na chipsy i orzeszki ;).
Nasz boarding rusza, więc wchodzimy do samolotu. Startujemy zgodnie z planem, choć dobre 45 minut samolot kołuje po lotnisku - wygląda na to, że to norma przy dużych samolotach, widać nie tak łatwo jest posłać w przestworza takiego kolosa jak Boeing 777. Tym razem lot znoszę lepiej - oglądam sobie filmy - nowy "Dzień Niepodległości" i "The Huntman and Winter War". Personel co rusz rozdaje zimne i gorące napoje. Po dwóch godzinach dostajemy lunch (są dwa zestawy do wyboru - ja biorę sałatkę z krewetkami, kurczaka z makaronem i jakieś ciasto). W międzyczasie zaliczamy lekkie turbulencje. Potem dostajemy jeszcze loda i obiad (tym razem wybrałam wołowinę z makaronem, sałatkę z wędliną i znów ciasto). Jedzenie jest typowo samolotowe, ale daje radę je zjeść bez odruchu wymiotnego, więc nie nazwałabym go niesmacznym ;).
Wreszcie lądujemy zgodnie z rozkładem o 16:15 czasu moskiewskiego. W Moskwie są -2c i leży śnieg. Przechodzimy ponownie kontrolę paszportową i osobistą (trzeba kierować się do okienek "transfer international"), znajdujemy naszą bramkę i czekamy na rozpoczęcie boardingu na lot do Warszawy. Czas mija szybko i ponownie wsiadamy do samolotu sieci Aeroflot - tym razem do znacznie mniejszego Airbusa. Na pokładzie większość stanowią Polacy i Chińczycy. Lądujemy znów zgodnie z rozkładem o 19:00. Bierzemy bagaże i udajemy się do hali przylotów, gdzie czeka na nas ojciec Bartka. Brrr, w drodze na parking następuje pierwsze zetknięcie z zimowym polskim powietrzem... Około 1.5 godziny jedziemy po nasz samochód. Czuję się dobrze i mogę prowadzić auto, więc po szybkiej herbatce u teściów postanawiam, że wracamy od razu do Bydgoszczy. Na autostradzie trochę mi się oczy kleją, ale w końcu około północy szczęśliwie docieramy do domu. Od razu idziemy spać. Jutro zderzenie z rzeczywistością...
WYDATKI:
- taksówka na lotnisko - 500 bth + 75 bth opłaty za autostardę
- śniadanie na lotnisko - dwa curry + dwie kawy - 600 bth
- sticky rice w sklepie bezcłowym - 200 bth
- orzeszki i chipsy na lotnisku - 70 bth


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz