Na Phi Phi śniadania mamy wliczone w cenę noclegu . Nasz resort posiada restaurację z widokiem na zatokę (jest tu też basen) i to tutaj znajduje się bufet, w którym po odebraniu vouchera z recepcji możemy zjeść. Wybór jest dość duży, ale widać, że wszystko robi się tu pod turystów i serwowane są potrawy typu tosty z dżemem, jajka, ziemniaki, ryż z warzywami, jakiś rosołek, arbuzy. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że na wyspach jest średnio dwa razy drożej niż w innych częściach Tajlandii, a jedzenie nie zachwyca - nie ma co narzekać :).
Po śniadaniu ruszamy na punkt widokowy. Dzisiaj dla odmiany pogoda jest cudowna - Słońce pali jak wściekłe a na niebie nie ma zbyt wielu chmur. Droga, mimo iż niedługa, ma kilka ostrych podejść i źle tolerujący upały Bartek pada jak mucha po przejściu kilkuset metrów ;). Wstęp na view point jest płatny i kosztuje 30 bth od osoby. My najpierw docieramy do niższego punktu:
a później do najwyższego punktu, oznaczonego na mapach jako "3 de panoramic" ;). Musze przyznać, że widok zapiera dech w piersiach i na pewno warty jest wspinania, ale jako, że Bartek na szczycie oficjalnie umiera, odmawia robienia mi zdjęć ;):
Jest jeszcze punkt nr 3, ale omijamy go, bo znajduje się niżej niż "3 de panoramic" i na pewno nie będzie lepszy ;). Zależnie od tego od której strony rozpoczniecie wycieczkę, traficie na punkty w innej kolejności, ale płacicie tylko raz, przy wejściu na Wasz pierwszy punkt. Potem już tylko pokazuje się bilet kontrolerowi. Schodząc w dół i kierując się nawigacją udajemy się drogą przez dżunglę na Long Beach. Droga nie jest oczywista, a oznaczenie wydaje się szczątkowe, więc bez gpsa niełatwo tam trafić. Trasa ma okolo 2.5 km i po drodze mijamy zbiornik retencyjny:
i w końcu trafiamy do celu. Cały dzień spędzamy na plaży na zmianę pławiąc się w morzu i opalając się. Woda w Morzu Adamańskim ma o tej porze roku temperaturę jeziora w Polsce po fali upałów, więc przyjemnie chłodzi. Jest tu jednak bardzo wysokie zasolenie i po kąpieli wychodzi się klejącym i lepkim - najlepsze co można wtedy zrobić, to opłukać się w słodkiej wodzie w którymś z basenów ośrodków leżących tuż przy plaży. Nikt ich za bardzo nie pilnuje ;). Na zdjęciach widać dużo chmur, ale naprawdę tego dnia mamy tu spory upał i Bartek spala się na raka, bo nie reaplikuje filtra co godzinę tak jak ja ;).
Decydujemy się na obiad w restauracji jednego z tutejszych resortów i mimo iż jest tu jeszcze drożej niż przy zatoce, nie żałujemy swojej decyzji, bo jemy pierwszy naprawdę smaczny i tajski posiłek odkąd znaleźliśmy się na wyspie. Moje panang curry kosztuje 150 bth, więc jest dwa razy droższe niż w Chiang Mai, ale podczas jedzenia przypominam sobie czemu tak bardzo lubię to danie.
Spędzamy na plaży jeszcze kilka godzin, a potem ruszamy z powrotem w kierunku zatoki tym razem drogą bliżej plaży, której to teoretycznie na mapach nie ma. Okazuje się, że można tędy przejść, wchodząc na parę skałek i pomagając sobie podciągając się na sznurach zawieszonych w najbardziej ciężkich do przejścia miejscach.
Wieczorem łazimy po mieście - mamy Wigilię i atmosfera jest tu iście świąteczna. Wszędzie stoją choinki, część kotów przebrana jest w stroje św. Mikołaja (o dziwo, znoszą to z gracją i nie buntują się ;)), a w niektórych lokalach słychać amerykańskie świąteczne piosenki. Trafiamy nawet na naszą znienawidzoną Party Beach, ale przeganiają nas stamtąd chmary komarów. Jest to jedyne miejsce w Tajlandii, gdzie spotykamy duże ilości komarów!
Niestety, moja skaleczona stopa po dzisiejszym moczeniu w słonej wodzie wyraźnie się buntuje i boli mnie jak cholera, niemal nie mogę nią ruszać. Decydujemy się więc rozpocząć naszą wigilijną kolację dość wcześnie. W dosyć drogiej knajpie specjalizującej się w owocach morza i rybach, zamawiamy sobie piwko, krewetki w tempurze i świeżego tuńczyka. Jestem miłośniczką tuńczyka - to od wielu lat moja ukochana ryba, ale muszę przyznać, że świeży smakuje sto razy lepiej niż ten dostępny w Polsce. Niebo w gębie! Krewetki również dają radę i choć nie należę do wielkich fanów seafoodów zjadam je z przyjemnością. Ze względu na moje kuśtykanie i przeszywający ból w stopie dość wcześnie opuszczamy naszą restaurację z widokiem na zatokę i wracamy do domu, zdezynfekować moją ranę i zobaczyć, czy amputacja okaże się konieczna ;). Wygląda na to, że znów nie doczekamy do fire show ;).
WYDATKI:
- bilet na punkt widokowy - 30 bth x 2 = 60 bth
- obiad w restauracji na Long Beach - dwa dania + piwo + herbata = 550 bth
- woda 1.5 l = 85 bth (jedyna z lodówki miała taką cenę!)
- wigilijna kolacja w knajpie przy Tonsai Pier - przystawka, dwa dania ze świeżych ryb z dodatkami, 2 dzbanki piwa - 1310 bth

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz