Poprzedniego dnia w jednym z lokalnych biur turystycznych (jest ich miliard i wszystkie oferują 2-3 te same wycieczki) zamówiliśmy sobie wycieczkę dokoła archipelagu Phi Phi dumnie nazwaną "TOP 10 ISLANDS". Jest to chyba najdroższa wycieczka, jaką nam oferowano (750 bth od osoby), a od innych odróżnia się długim plażowaniem na Maya Beach (3 godziny) i oglądaniem święcącego planktonu po zmierzchu. Warto też zwrócić uwagę jakim środkiem transportu chcecie się poruszać - wycieczki odbywają się zarówno na klasycznych long boatach jak i większymi stateczkami. My wybraliśmy klimatyczny long boat :). Organizatorzy rozumieją potrzeby skacowanych turystów tłumnie przybywających na Phi Phi i zbiórki odbywają się w godzinach pozwalających wyleczyć najgorszą fazę kaca po przedawkowaniu bucketów - my mieliśmy zjawić się w wyznaczonym punkcie o 11:00 :)
Dobry kwadrans po wyznaczonej godzinie ostatni uczestnicy 22- osobowej wycieczki doczłapują się do miejsca zbiórki i nasza przewodniczka Rebecca prowadzi wszystkich na przystań. Wsiadamy do long boata i płyniemy do pierwszego punktu wycieczki - do tzw. SHARK POINT na snurkowanie z widokiem na Long Beach. Jestem trochę oszołomiona, że nikt nie instruuje nas jak to robić, tylko dostajemy polecenie zejścia do wody, daleko od brzegu, przy dość dużych falach i snurkowania przez 30 minut ;). Połowę czasu marnuję na rozgryzienie jak założyć sprzęt, a drugą połowę próbuję przetrwać dusząc się co chwila rurką, którą trzymam w ustach. W chwilach kiedy faktycznie udaje mi się obserwować podwodną rafę koralową i kolorowe rybki jest nawet fajnie, ale przed lwią część czasu zastanawiam się, jak to możliwe, że uczestnicy wycieczek nie toną tu regularnie rzuceni dosłownie i w przenośni na głęboką wodę bez żadnego zabezpieczenia ;). Dopiero pod koniec mojego snurkowania dostrzegam, że spora część wycieczki pływa w kamizelkach ratunkowych - musiałam przeoczyć moment ich rozdawania ;). Nieopatrznie staję też na ostrej skale i rozcinam sobie stopę - rana nie wygląda poważnie, ale w późniejszych dniach przysporzy mi trochę nieprzyjemności. Po pół godzinie zadowolona z siebie wracam na łódkę, ale od razu znajduję sobie kamizelkę na przyszłość ;).
Kolejnym punktem wycieczki jest MONKEY BEACH - mała plaża, na której główną atrakcję stanowią małpki. Małpek nie można dotykać ani karmić, więc od razu po zacumowaniu 90% osób wybiega na brzeg... głaskać i karmić małpeczki ;). Zwierzątka wydają się oswojone i ku radości gawiedzi co chwila kradną komuś a to wodę, a to batonik, a ja czekam kiedy zajumają jakiegoś ajfona zawieszonego na selfie-sticku albo kogoś ugryzą ;). Niestety, nie doczekuję się ;):
Z MONKEY BEACH płyniemy malowniczą trasą mijając VIKING CAVE do jakiejś ślicznej laguny, gdzie podobno nie ma rybek, ale znów mamy 30 minutowy okres na pławienie się w błękitnej wodzie :):
Potem przewodniczka rozdaje posiłki - przysługują nam dwa: hamburger i ryż z jajkiem, ale w tym momencie powoli rozpoczyna się moja osobista tragedia i nie mogę nawet patrzyć na jedzenie... Okazuje się mianowicie, że mam chorobę morską, której mimo licznych rejsów stateczkami i promami nigdy wcześniej u siebie nie odkryłam ;). Od tej pory już tylko walczę o przetrwanie i kiedy docieramy do kolejnej laguny, tym razem takiej z rybkami, gdzie znów możemy snurkować, skupiam się tylko na tym, żeby nie zanieczyścić krystalicznej wody i nie popsuć innym zabawy ;). Na zdjęciu się uśmiecham, ale uwierzcie, to dobra mina do złej gry - w głębi duszy (i żołądka) cierpię za miljony ;):
Po dość długiej (i falującej) przeprawie docieramy w końcu do MAYA BAY i kiedy tylko wychodzimy na plażę (za wejście na MAYA BEACH pobiera się dodatkową opłatę 400 bth od osoby)... zaczyna lać deszcz! Nie jest to jakiś przejściowy deszczyk, który zaraz ma wyparować, tylko solidna ulewa. Niebo zasnuwa się chmurami, robi się nieprzyjemnie i zimno i wszyscy uciekają do jedynego osłoniętego punktu na wyspie czyli do snack baru ;). Kupujemy sobie pringelsy w zbójeckiej cenie 120 bth (tyle kosztuje tu też kokos albo lód na patyku) i przeczekujemy deszcz... Niestety, mimo iż deszcz mija, nadal nie jest zbyt przyjemnie, a pogoda nie sprzyja plażowaniu. Udajemy się więc w pierwszej kolejności na punkt widokowy:
Po drodze spotykamy parkę z Portugalii, z którą ugrzęźliśmy na granicy z Kambodżą :). Dzielimy się wrażeniami z podróży i ubolewamy, że trafiliśmy na Maya akurat w tym jedynym momencie dnia, kiedy pogoda jest okropna. Decydujemy się iść na słynną plażę. Plus jest taki, że nie ma na niej zbyt wielu ludzi - wszyscy w popłochu uciekli z wyspy :). I znów - widoki są fajne, ale sama plaża nie oszałamia. Być może w promieniach Słońca robiłaby większe wrażenie.
Solidarnie postanawiamy skrócić czas "plażowania" na Maya i po niespełna dwóch godzinach zwijamy się w dalszą podróż. Nie płyniemy niestety na SUNSET POINT, bo przewodniczka twierdzi, że przy takiej pogodzie i tak nic nie zobaczymy. Fale są ogromne, a nasz "kierowca" czerpie ogromną radość z rozbijania ich, łódź się trzęsie i kołysze, a ja co chwila dostaję słoną wodą po pysku i walczę już nie tylko z chorobą morską, ale też z tym, by nie wypaść za burtę ;).
Dopływamy w końcu do ostatniego punktu wycieczki - na oglądanie świecącego planktonu, ale musimy poczekać kilkanaście minut aż się ściemni. Łodzią strasznie kołysze i jest mi niedobrze, więc wraz z koleżanką z Londynu postanawiamy dostać się na widoczny niedaleko kawałek lądu, by tam przeczekać. Plankton nie oszałamia i w końcu ruszamy w powrotną drogę.
Morze jest naprawdę wzburzone, kierowca robi dziwne manewry polegające na uderzaniu w skały tyłem łodzi, a ja zakładam kamizelkę ratunkową, siadam na burcie i jestem gotowa na to, że kiedy się przewrócimy, zdołam się uratować i dopłynąć na Phi Phi - bo tego, że się przewrócimy staję się na 100% pewna, kiedy dotychczas beztroska i totalnie wyluzowana przewodniczka krzyczy do naszego drivera coś w stylu: "guy, is it your first time when you drive boat!!!!?????!!!!!!!" ;). Na szczęście w końcu docieramy do Tonsai Pier, staję na lądzie i jestem przekonana, że kolejny dzień spędzę tylko i wyłącznie na plażowaniu ;)
Ogólnie taka wycieczka to jednak niezły fun, widoki są fajne, snurkowanie to ciekawe doświadczenie, a być na Phi Phi i nie zobaczyć Maya Bay to jak nie być na Phi Phi, więc oczywiście polecam wszystkim tę atrakcję :). Na wszelki wypadek weźcie awiomarin ;).
WYDATKI:
- wycieczka TOP TEN ISLANDS (w cenie dwa posiłki, napoje,woda, owoce) -750 bth x 2 osoby = 1500 bth
- mała woda + lokalny redbull = 60 bth
- bilet wstępu na Maya Beach - 400 bth/os x 2 = 800 bth
- kokos - 2x30 = 60 bth
- pringelsy na Maya Beach - 120 bth
- woda 1,5 l - 40 bth (ponad dwa razy drożej niż w Chiang Mai!)
- kolacja w knajpie przy zatoce - dwa dania + napoje = 470 bth
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz