Wstajemy wcześnie i idziemy na recepcję zamówić taksówkę do przystani Khlong Pier, skąd odpływają promy do PHI PHI (w mieście jest kilka przystani, ale jak powiecie, że chcecie dostać się na Phi Phi, każdy taksówkarz zawiezie Was na tę właściwą). Okazuje się, że za przejechanie 4 km zapłacimy 300 bth! Gdybym wiedziała, chyba wstałabym wcześniej i poszła pieszo... W tym miejscu muszę napomnieć, że mimo iż nasz hostel opisałam jako czysty, nowy i przyjemny, to jednak ze względu na lokalizację nie mogę go Wam polecić. Kupując bilet na prom na Phi Phi, można zamówić odbiór z dowolnego miejsca w promieniu iluś tam km od Krabi Town, ale przy bookowaniu biletów okazało się, że Oasis Resort leży poza tym obszarem. Do tego cena za taksówkę jest nieprzyzwoicie wysoka, a sam hostel zbudowano w sumie pośrodku niczego i sama nie wiem, czemu ktoś miałby zatrzymywać się w tak odległej od atrakcji lokalizacji...
Po drodze pan taksówkarz oferuje nam, że za kilka dni może zawieźć nas na lotnisko za 350 bth, więc jak widzicie ceny przejazdów są w Krabi niedorzeczne - 300 bth za 4 km i 350 za 15 km ;).
Prom do Phi Phi ma wypłynąć o 9:00, ale zgodnie z instrukcjami na voucherze zjawiamy się na miejscu 45 minut wcześniej. Okazuje się to niepotrzebne, bo pan z obsługi sprawdza nasz voucher i wyjaśnia, że mamy poczekać i o koło 8:45 zacznie się wpuszczanie ludzi do środka. Pracownik oferuje nam też bilety powrotne, tłumacząc, że zapłacimy mniej niż na Phi Phi. Kupuję je, ale jak się potem okaże na wyspie będzie można kupić je nieco taniej. Niemniej za 800 bth kupujemy 2 bilety bez określonej daty powrotu, a pan informuje mnie, że nie muszę w żaden sposób rezerwować miejsca na daną przeprawę wcześniej, gdyż promy są duże i pomieszczą każdą ilość osób, jaka zjawi się na przystani. Pamiętajcie więc, że nie musicie martwić się o wcześniejsze bookowanie biletów i możecie je spokojnie kupić kilka minut przed odprawą. Na przystani nie da się też zgubić, bo obsługa nad wszystkim czuwa i kieruje Was w odpowiednie miejsca.
Ponieważ mamy pół godziny, siadamy sobie w portowej kawiarni i zamawiamy po zimnej kawce, a później zgodnie z instrukcjami pracownika udajemy się długą alejką w kierunku promu, po drodze wymieniając voucher na bilety. Na promie zajęte są wszystkie miejsca siedzące, ale obsługa bez wahania upycha wszystkich zainteresowanych na korytarzu, na burcie, na dachu :). Ruszamy z kilkunastominutowych opóźnieniem, a podróż trwa chyba trochę mniej niż 2 godziny. W środku działa jakaś arktyczna klimatyzacja, więc trochę marzniemy- pamiętajcie, by ciepło się ubrać :).
Wielkie skały otaczające wyspę robią wrażenie, ale niebo chmurzy się i jest dosyć ponuro, co sprawia, że humory nam nie dopisują i póki co nie ogarnia nas nadmierny zachwyt nad wyspą...
Nasz pensjonat znajduje się około 500 metrów od przystani, więc docieramy tam w kilka minut. Don Chukit Resort to bardzo duży ośrodek złożony z rzędów szeregowych domków. Nasz pokój (standard z łazienką i klimatyzacją) sprawia wrażenie przyjemnego i czystego, a do tego dość nowego. W 2008 w okresie Bożego Narodzenia Phi Phi większość zabudowań została zmieciona z powierzchni Phi Phi przez wielkie tsunami, więc podejrzewam, że cała baza hotelowa jest tu stosunkowo nowa. Mamy też wreszcie porządną klimatyzację, która chłodzi, ale nie mrozi. Pokój wyposażony jest też w lodówkę, ale zasilanie odłącza się automatycznie po wyjściu z pokoju, więc lepiej nie trzymać tam jakiś kluczowych zapasów ;):
Padamy z głodu, więc szybko udajemy się do jednej z pobliskich knajpek. Ceny są zdecydowanie wyższe niż w Chiang Mai (rachnek był dwa razy wyższy) i niestety jedzenie nie powala smakiem. Zamawiam noodle w tajskim stylu i otrzymuję pierwszy podczas całej wycieczki posiłek, który mogę określić jako "bez smaku". Zupa tom yam, którą je Bartek, również nie powala na kolana... Postanawiamy wyrzucić z pamięci to drogie i niedobre jedzenie i szybko udać się na plażę.
Najbardziej znaną plażą Phi Phi jest LONG BEACH oceniana wysoko we wszystkich rankingach na najładniejsze plaże świata. Kierując się drogowskazami "beach" w końcu docieramy na jakąś plażę i jesteśmy oszołomieni, niestety nie z zachwytu... Plaża jest wąska, krótka, żwirowata, otoczona przez głośne resorty. Nie ma tu żadnych fajnych miejsc ani roślinności. Siedzimy chwilę gapiąc się na widoki, które jako jedyne robią wrażenie i zniesmaczeni i rozczarowani wracamy do naszego domku... W zasadzie rozważam w myślach szybką ewakuację z wyspy, ale na szczęście błądząc placem po nawigacji, odkrywam, że nie byliśmy na Long Beach, tylko na jakiejś pospolitej "Party Beach" ;). Postanawiamy czym prędzej ten błąd naprawić :).
Droga na Long Beach nie jest prosta. Można dostać się tam łódką-taksówką za 100 bth z przystani albo iść na spacer przez dżunglę. Decydujemy się na tę drugą opcję. Idziemy dobre 30 minut mijając domki lokalsów aż w końcu trafiamy do celu. Uff, zdecydowanie prawdziwa Long Beach daje radę i jest tysiąc razy bardziej przyjemna niż tamta plaża... Nadal nie powala nas swoją wielkością, bo jest wąska i krótka (haha, żaden parawan tu nie wejdzie ;)), ale przynajmniej leży w ładnej okolicy, piasek jest mięciutki, a widok na pobliskie skały wystające z wody zapiera dech w piersiach. W dodatku z powodu dość dalekiego położenia od imprezowego centrum Phi Phi, dociera tu naprawdę mało osób i można cieszyć się spokojem i swobodą :). Zamawiamy sobie drinki w pubie umiejscowionym tuż przy plaży i cieszymy oczy pięknymi obrazami. Mimo iż wyraźnie zmierzcha z wyspy nie widać niestety zachodu Słońca, gdyż zasłaniają go wysokie skały:
Wieczorem wracamy do naszej części wyspy za pomocą taxi-boat:
Łazimy trochę po centrum, które wyraźnie budzi się do życia. Pełno tu kotów (autentycznie, chyba nigdy nie widziałam takiego skupiska tych zwierząt! Ciężko znaleźć wzrokiem miejsce, w którym nie siedziałby choć jeden futrzasty stworek :). W dodatku kotki są oswojone i spolegliwe i same pchają się na kolana - pod tym względem Phi Phi to prawdziwy raj dla kociarzy :D ) i studio tatuażu ;). Myślę, że jak chcecie ozdobić swoją łopatkę pamiątkowym słonikiem, trafiliście pod dobry adres ;). W końcu decydujemy się na kolację. Ja zrażona niedobrym obiadem zamawiam pizzę ze świeżym tuńczykiem (ciasto jest cienkie i dobre, a charakterystyczny tuńczyk nadaje całości jakiegoś smaku), a Bartek kusi się na małże, które zachwycają jedynie ceną, smakiem niekoniecznie ;).
Wreszcie trafiamy do lokalu przy przystani, z widokiem na morze, gdzie czas umila nam muzyka na żywo rzewnie wyciskana z przepitego gardła jakiegoś młodego Argentyńczyka. Zamawiamy lokalny "przysmak" czyli bucket - wiaderko z wybranym przez siebie drinkiem. Nasz lokal znajduje się tuż przy plaży, więc ceny są dwa razy wyższe niż na sąsiednich ulicach i za strawberry daiquiri płacimy 300 bth - kiedy oddalicie się od morza cena spadnie o połowę. Wypijamy dwa wiadra pysznego drinka w oczekiwaniu na fire show, który ma się tu niedługo rozpocząć (kolejna atrakcja, z której słynie Phi Phi), ale w końcu uznajemy, że to może poczekać na kolejny dzień i idziemy spać ;).
WYDATKI:
- taksówka z hostelu na przystań - 300 bth
- kawa na przystani x2 - 60 bth
- prom z Krabi na Phi Phi - 123,37 zł
- koszt "wstępu" na Phi Phi - 20 bth od osoby x2 = 40 bth
- trzy noclegi w Don Chukit Resort ze śniadaniami (pokój standard z łazienką i klimatyzacją) - 426,57 zł
- obiad - dwa dania + shake + piwo - 420 bth
- kokosy 30x2=60 bth
- drinki na Long Beach x2 = 470 bth
- taxi boat z Long Beach do Tonsai Pier - 2x100 bth = 200 bth
- kolacja - pizza, małże, piwo, herbata = 650 bth
- bucket strawberry daiquiri w knajpie z zejściem na plażę - 300x2 = 600 bth
- zakupy - piwo, chipsy, woda - 160 bth













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz