Dzień rozpoczęliśmy od śniadania w pobliskiej knajpce, zatankowania motorów i drogą QL4A i 34 ruszyliśmy w stronę BaBaLake - czekało nas około 150 km trasy. Trasa na początkowym etapie była kręta, ale tak w granicach rozsądku, ruch był niewielki i jechało się bardzo przyjemnie. W okolicy punktu Dai Ly Hoan Quynh trzeba było zdecydować, którą drogę wybrać i zdecydowaliśmy się odbić w lewo, ale po kilkunastu kilometrach zawróciliśmy, bo droga zrobiła się mocno szutrowa i biegła totalnym odludziem, więc w razie jakiejś awarii nie doczekalibyśmy się ratunku ;) Kontynuowaliśmy więc jazdę trasą 34 i muszę przyznać, że była to doskonała decyzja, bo widoki były obłędne! Jechaliśmy już bardziej otwartą przestrzenią z widokiem na doliny i krętą trasę za nami. Pogoda dopisywała, po nocnej burzy nie było śladu i było po prostu bosko!
Następnie, w około 1/3 trasy odbiliśmy w okolicy Nha Nghi Son Dong w drogę DT 212, która była już nieco węższą drogą niższej kategorii, ale jazda nią była fenomenalnym przeżyciem. Wiła się malowniczo między malutkimi wioseczkami na samym zboczu góry z ekspozycją na pola ryżowe, doliny, pastwiska. Droga momentami stawała się szutrówką, ale ponieważ było sucho, nie był to jakiś wielki problem - trzeba tylko było jechać naprawdę wolniutko.
Z niej zjechaliśmy na QL 279, która znowu była szersza, z dobrą nawierzchnią i bardziej ruchliwa i zjechaliśmy z gór, jadąc teraz wśród pól. Było słonecznie i pięknie! Zatrzymaliśmy się w małym miasteczku w BaBe na lokalny deser - che czyli różne galaretki zatopione w skondensowanym mleku. Dość osobliwe i słodkie, ale byliśmy głodni jak wilki, a w Wietnamie jak się nie trafi w porę jedzeniową, to ciężko znaleźć cokolwiek otwartego ;) Na koniec drogą 254 pognaliśmy nad samo jezioro Babe. Trasa tutaj była już mocno stroma i wąska, a pod koniec bez asfaltu, ale widoki na jezioro otoczone limestonami były warte tej przeprawy!
Dotarliśmy do guesthousu, który wypatrzyłam na filmiku Paddy Doyle'a na youtube i na całe szczęście okaząło się, że mają wolne miejsca. Dostaliśmy wspaniałe pokoje z tarasem z widokiem na jezioro. Było tu tak przepięknie!
Od razu wynajęliśmy w guest housie łódkę (kierowcą był teść właścicielki) i popłynęliśmy na dwugodzinną wycieczkę po jeziorze. Zwiedzaliśmy jakieś świątynie, jaskinie i bazarki położone na jeziorze, ale szczerze mówiąc największą atrakcją było samo pływanie i podziwianie widoków.
Po wycieczce zamówiliśmy kolację w naszym pensjonacie i była to prawdziwa uczta ;)
Muszę przyznać, że to chyba jeden z moich ulubionych dni w podróży ever - przepiękna trasa, mili i serdeczni ludzie po drodze (zresztą w ogóle cały ten rejon to tylko i wyłącznie przemili napotkani lokalsi, machający nam i zagadujący z translatorami ;)) i dotarcie do wymarzonego celu - pięknego jeziora i uroczego guesthousu, który widziałam gdzieś przez parę chwil na czyimś filmiku, a tak zapadł mi w pamięć. Samo miejsce jest raczej destynacją dla lokalsów, choć widzieliśmy też jakąś europejską wycieczkę podczas trekkingu. Myśle, że warto zboczyć z bardziej znanych i popularnych tras, żeby poczuć ten sielski klimat.
Wydatki:
- Śniadanie: tofu w sosie pomidorowym 30 tys. pho ga 30 tys. cafe sue da 2 x 25 tys
- Woda 1,5 litra - 10 tys.
- 5 litrów paliwa - 130 tys.
- Che - 15 tys.
- Kawa 20 tys.
- Nocleg w Nha Nghi Son Lam Homestay (duży pokój z tarasem) - 420 tys.
- Prywatna łódka 2 godz. - 600 tys
- Wyżer na kolację w guesthousie - 360 tys.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz